11.07.2024, 10:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:18 przez Lorraine Malfoy.)
– Zatem napój tych bogów winem z granatów – odpowiedziała Anthony’emu z podobną manierą – i niech ci służą. – Niebieskie oczy zalśniły niebezpiecznie, kiedy skupiła spojrzenie na mężczyźnie. Tak musiał się spienić błękit wód Cypru, kiedy z morskich fal wyłoniła się Afrodyta. Obojętnie przyjrzała się kartom. – Z pewnością będę częściej polecać im twoje imię po tej strasznej napaści. – Przez cukrową słodycz jej głosu przebiła się nuta stanowczości, jednak w towarzystwie nie pozwoliła sobie na więcej. Przyjęła, podobną Eden, zachowawczą manierę: pobożne życzenia traciły na powadze w obliczu arystokratycznej nonszalancji, zakrawając delikatnie o żartobliwą ironię.
Ale Lorraine nie żartowała ze spraw wiary, o czym Anthony dobrze wiedział.
Blat stołu do pokera stał się klawiaturą fortepianu, kiedy palce wolnej dłoni zaczęły w zapamiętaniu wybijać bezgłośny rytm we wznoszącym się crescendo. Wyniosłe spojrzenie, które Lorraine skupiła na oczach przemawiającego Aryamana, swobodna postawa oraz niewymuszona elegancja, którą tchnęły ruchy wiły, wyraźnie przeczyły jednak wrażeniu pozornej nerwowości.
– Czym jest trzepot skrzydeł feniksa – sprzeciwiła się figlarnie Erikowi – wobec nawałnicy smoczych skrzydeł? – Tym samym, czym dwulicowa kochanka dla kobiety o tysiącu twarzy, pomyślała czule. – Lekkim podmuchem wiatru wobec huraganowego szkwału. – Opuszki wszystkich palców dotknęły stołu jednocześnie, wskazując krupierowi schludny stosik trzech kart, które chciała wymienić. Ciche, dobitne stuknięcie wybrzmiało niczym ostatni akord religijnego oratorium. Niczym jedno uderzenie skrzydeł smoka. Uśmiechnęła się do Geraldine. Łowczyni musiała uznać ich metaforyczną dyskusję o potworach za niedorzeczną.
”Nie pozbawiajmy się jakiegoś aspektu miłości, skoro oba są na wyciągnięcie ręki.”
– Może pan Longbottom poparzył sobie kiedyś palce i dlatego teraz jest taki ostrożny – rzuciła lekko. – Tak w miłości, jak i w pokerze. Ale miłość to bizantyjski ogień. – Cień uśmiechu zatańczył na jej ustach jak płomień świecy. W cieniu zaś, mieszkała pokusa. – Jakże pięknie jest płonąć. Podbijam.
Ale Lorraine nie żartowała ze spraw wiary, o czym Anthony dobrze wiedział.
Blat stołu do pokera stał się klawiaturą fortepianu, kiedy palce wolnej dłoni zaczęły w zapamiętaniu wybijać bezgłośny rytm we wznoszącym się crescendo. Wyniosłe spojrzenie, które Lorraine skupiła na oczach przemawiającego Aryamana, swobodna postawa oraz niewymuszona elegancja, którą tchnęły ruchy wiły, wyraźnie przeczyły jednak wrażeniu pozornej nerwowości.
– Czym jest trzepot skrzydeł feniksa – sprzeciwiła się figlarnie Erikowi – wobec nawałnicy smoczych skrzydeł? – Tym samym, czym dwulicowa kochanka dla kobiety o tysiącu twarzy, pomyślała czule. – Lekkim podmuchem wiatru wobec huraganowego szkwału. – Opuszki wszystkich palców dotknęły stołu jednocześnie, wskazując krupierowi schludny stosik trzech kart, które chciała wymienić. Ciche, dobitne stuknięcie wybrzmiało niczym ostatni akord religijnego oratorium. Niczym jedno uderzenie skrzydeł smoka. Uśmiechnęła się do Geraldine. Łowczyni musiała uznać ich metaforyczną dyskusję o potworach za niedorzeczną.
”Nie pozbawiajmy się jakiegoś aspektu miłości, skoro oba są na wyciągnięcie ręki.”
– Może pan Longbottom poparzył sobie kiedyś palce i dlatego teraz jest taki ostrożny – rzuciła lekko. – Tak w miłości, jak i w pokerze. Ale miłość to bizantyjski ogień. – Cień uśmiechu zatańczył na jej ustach jak płomień świecy. W cieniu zaś, mieszkała pokusa. – Jakże pięknie jest płonąć. Podbijam.