11.07.2024, 11:43 ✶
– Nie ma sprawy – skwitowała Brenna krótko. Uśmiechnęła się do niego nawet, bo nie lubiła siedzieć (czy iść) z nosem na kwitnę, ot tak dla zasady, chociaż być może powinna: ledwo co była przecież świadkiem sceny pokazującej, jak paskudny nastał czas w społeczeństwie czarodziejów. Idiotów szukających guza nigdy nie brakowało, ale teraz wszystko stawało poważniejsze.
Jakby już od paru lat coś gotowało się w tym czarodziejskim kociołku, a objawienie się Voldemorta sprawiło, że zawartość zaczęła kipieć i pryskać wszędzie dookoła.
– Nie wszyscy – zapewniła, chociaż doskonale wiedziała, że to marne pocieszenie. Zwłaszcza jeśli chłopak był mugolakiem. Bo co mu dawało, że nie każdy na ulicy miał ochotę widzieć go martwym, skoro we wszystkich gazetach pisano o tym, że banda fanatyków chciała wymordować takich jak on, a w najlepszym wypadku – zamienić w niewolników? – Chociaż mam wrażenie, że i w średniowieczu bywało lepiej. Nawet Slytherin mówił o nieuczeniu mugolaków magii, nie ich mordowaniu.
A Voldemort, chętnie nawiązujący w symbolice do Salazara, co pokazywał choćby ten mroczny znak, szedł o krok dalej. Nie żeby Brenna uważała, że nieuczenie muglaków magii miało jakikolwiek sens. Tak jakby czarodzieje już dawno by powymierali albo wszyscy byli pozbawieni nosów, gdyby ich społeczeństwa nie zasilała „świeża” krew, przez tak wielu określana jako „brudna”.
– Przykro mi, że do takich rzeczy dochodzi teraz na ulicach. I nie trzeba mi paniować – dodała, bo może i była starsza, ale po prostu nie przywykła do tego, by ktokolwiek nazywał ją panią: może okazyjnie poza osobami, które przychodziły jako petenci do Biura Brygady, ale i to dość rzadko.
Wsunęła dłoń do kieszeni, by wydobyć odznakę i zademonstrować ją Kelly’emu.
– Brygada Uderzeniowa – wyjaśniła. - Gdybym potrzebowała odprowadzania to po prostu fatalnie świadczyłoby o Ministerstwie, a jeszcze tak źle z nami nie jest.
Trenowano ich w kontroli tłumu i jednak dla Brygadzisty dwóch czy nawet trzech pijaczków nie powinno w teorii stanowić wielkiego problemu. Nie żeby Brenna nie zdawała sobie sprawy z tego, że chodzenie samotnie w ciemnościach może nie skończyć się dla niej dobrze. Z młodzieńczych złudzeń o własnej nietykalności zdążyła wyleczyć się dawno temu, a listopad 1970 napełnił ją ponurym przeczuciem nieuchronności. Nie była nikim specjalnym – i w walce ze śmierciożercą, też przecież wyszkolonym, wiele zależałoby od szczęścia. Mogła więc tylko starać się bardziej.
Ale nie sądziła, aby coś groziło jej tutaj, tej nocy. Dopiero uczyła się dopatrywać zagrożenia w każdym cieniu.
– To co? W którą stronę?
Jakby już od paru lat coś gotowało się w tym czarodziejskim kociołku, a objawienie się Voldemorta sprawiło, że zawartość zaczęła kipieć i pryskać wszędzie dookoła.
– Nie wszyscy – zapewniła, chociaż doskonale wiedziała, że to marne pocieszenie. Zwłaszcza jeśli chłopak był mugolakiem. Bo co mu dawało, że nie każdy na ulicy miał ochotę widzieć go martwym, skoro we wszystkich gazetach pisano o tym, że banda fanatyków chciała wymordować takich jak on, a w najlepszym wypadku – zamienić w niewolników? – Chociaż mam wrażenie, że i w średniowieczu bywało lepiej. Nawet Slytherin mówił o nieuczeniu mugolaków magii, nie ich mordowaniu.
A Voldemort, chętnie nawiązujący w symbolice do Salazara, co pokazywał choćby ten mroczny znak, szedł o krok dalej. Nie żeby Brenna uważała, że nieuczenie muglaków magii miało jakikolwiek sens. Tak jakby czarodzieje już dawno by powymierali albo wszyscy byli pozbawieni nosów, gdyby ich społeczeństwa nie zasilała „świeża” krew, przez tak wielu określana jako „brudna”.
– Przykro mi, że do takich rzeczy dochodzi teraz na ulicach. I nie trzeba mi paniować – dodała, bo może i była starsza, ale po prostu nie przywykła do tego, by ktokolwiek nazywał ją panią: może okazyjnie poza osobami, które przychodziły jako petenci do Biura Brygady, ale i to dość rzadko.
Wsunęła dłoń do kieszeni, by wydobyć odznakę i zademonstrować ją Kelly’emu.
– Brygada Uderzeniowa – wyjaśniła. - Gdybym potrzebowała odprowadzania to po prostu fatalnie świadczyłoby o Ministerstwie, a jeszcze tak źle z nami nie jest.
Trenowano ich w kontroli tłumu i jednak dla Brygadzisty dwóch czy nawet trzech pijaczków nie powinno w teorii stanowić wielkiego problemu. Nie żeby Brenna nie zdawała sobie sprawy z tego, że chodzenie samotnie w ciemnościach może nie skończyć się dla niej dobrze. Z młodzieńczych złudzeń o własnej nietykalności zdążyła wyleczyć się dawno temu, a listopad 1970 napełnił ją ponurym przeczuciem nieuchronności. Nie była nikim specjalnym – i w walce ze śmierciożercą, też przecież wyszkolonym, wiele zależałoby od szczęścia. Mogła więc tylko starać się bardziej.
Ale nie sądziła, aby coś groziło jej tutaj, tej nocy. Dopiero uczyła się dopatrywać zagrożenia w każdym cieniu.
– To co? W którą stronę?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.