To była miła odmiana - nie czuć strachu. Albo..? Strach o Adrię..? Bo czemu ją atakowali, skoro ona chciała zmienić coś na lepsze w tym świecie? Pasożytnictwo mugoli było historii powszechnie znane, po co więc powstrzymywać coś, co ma pomóc Matce utrzymać równowagę w naturze? Zastanawiałby się nad tymi pytaniami, gdyby tylko na to zastanowienie był czas w chaosie i pływającej tu krwi. Ludzie, których znał, na których mu zależało, o których się martwił i którym chciał pomóc stali się na moment wrogami. Dobrze wiedział, że Perseus w końcu zdradzi - i czy nie zrobił tego teraz? W najbardziej decydującym momencie - oto jak dowodził samemu sobie, że instynkt nie mógł go mylić, że dobrze czuł, że... a może jednak nie..? Zacisnął mocno szczęki na skórze, ostre jak brzytwy kły przecięły miękką tkankę. Polała się ta czarna, trująca krew. Jej przelanie zaspokoiło pierwszy głód. Albo cały głód..? Pełne determinacji i nienawiści ślepia pojaśniały, mięśnie rozluźniły. W zrozumieniu. Rozluźniły się też zaciśnięte szczęki, a w końcu puściły całkiem.
Był skonfundowany. Ciężar, jaki pojawił się zamiast słusznego gniewu wyśpiewanego głosem Adrii, powinien go pociągnąć na dno. Nadal pływał. Jednym susem przesunął się na bok, żeby nie przeszkadzać - zaklęcia świstały w powietrzu, krzyk połykane przez wodę i niesione nią w dal, krew - więcej krwi lejącej się z trytonich żył. Niektóre historie po prostu nie miały szczęśliwego zakończenia. Jednocześnie ci, co zwyciężyli, powiedzieliby, że było dobre. Że ta historia narodziła bohaterów. Nie zgodzić się? Bzdura. Bohaterskim czynem było stanięcie do walki z istotami, które pragnęły śmierci i nie widziały alternatywy. Ta walka tutaj była możliwa dzięki nim - dzięki zatrzymaniu reszty trytonów przez ich Króla. Tego prawdziwego, nie przez Adrię, która wściekle miotała się, a ból wykrzywiał jej twarz.
Laurent wściekle ocierał pysk z tej mazi, otarł się o jedną z kolumn, potrząsnął łbem. Fakt, że zaatakował Perseusa zmienić się nie chciał. Zmieniał się za to cały świat. Żal tkwił też w tym, że powracał strach. To ta maź mogła pchnąć go do ataku, ale to nie ona była odpowiedzialna za to, jak świat zwalniał w jego oczach. To ta krew. Trująca, narkotyzująca krew Blacków. Rzeczy stawały się tak karykaturalne, takie zniekształcone, światło przygasało i były tylko te dwie świeczki. Ostatnie świeczki, bo każdą inną gasiły krople spływające z czarnych piór. Kapała woda. W nieznośnym dźwięku kapała woda. A on bardzo nie chciał, żeby to światło zgasło. Zapalę ci dziesięć świec za każdą jedną. Ten gorący głos był tak wyraźny - i nie należał do Perseusa, chociaż to na niego teraz patrzył. Chociaż to były jego skrzydła. Albo i nie jego..? Było coś o wiele bliższego i bardziej znajomego w mężczyźnie, na którego patrzył... Potrząsnął znów łbem, z jednej strony mając ochotę schować się w jakimś kącie, z drugiej nie chcąc się za bardzo ruszać z miejsca, oddalać, znikać z pola widzenia Perseusowi czy Victorii, których ponownie by zmartwił. A skryć się w tych słonecznikach rosnących pod nimi byłoby bardzo miłe - no oczywiście! Czemu wcześniej nie pomyślał, że słoneczniki mogłyby rosnąć pod wodą..! Błysnął nieco przyćmionymi ślepiami w kierunku Esme i Astarotha, potem na Victorię i Geraldine. Woda przesuwała w swoich ruchach jego ciało na boki, bo nie walczył z jej falami. W końcu zmusił się do ruchu, chociaż jego ciało było jak z ołowiu, a woda taka dziwna - stawiająca nieludzki opór. Popłynął w kierunku Victorii - chciał się po prostu schować za jej plecami, ale wyliczenie odległości w tym stanie okazało się również problematyczne - płynął wolno, a i tak pacnął łbem w jej plecy.
Rozproszenie 2*
Akcja nieudana
Sukces!
edycja za zgodą MG