11.07.2024, 17:06 ✶
Wsłuchując się w jego wypowiedź nie wydawał się być do końca zainteresowany. Ta, z takim nazwiskiem mieć konserwatywne poglądy względem mugoli... Prawdopodobnie jedyny sposób na zostanie wydziedziczonym lub pozbawionym lokum w Warowni. No, przynajmniej sposób na zostanie wyrzuconym do pokoju z najgorszym widokiem, potencjalnie na jakąś ruderę Bertiego Botta. I no oczywiście, że się nie dowiedzą o korzystaniu z czarów, skoro wszyscy czarodzieje zgodzili się ze sobą (a nie była to łatwa sprawa!), na temat Międzynarodowego Kodeksu Tajności. Dolohov tegoż dokumentu nie popierał, ale był w tym bardzo interesowny - w połączonym ze sobą świecie mógłby być jeszcze popularniejszy.
- Nie słyszałem, żeby Nicholas Flamel szczególnie głośno narzekał na taki stan rzeczy. Częściej za to moich uszu sięga opinia, że mamy na tym świecie za mało czasu, aby się wybawić.
Nieśmiertelność nigdy nie miała prawa nią być. Jeżeli nie skończymy się my, skończą się gwiazdy, a wraz z nimi świat - jako astronom wiedział o tym doskonale. Długowieczność - tak. I to przecież była dobra rzecz. Możliwość podjęcia samodzielnej decyzji o tym, kiedy nastąpi ten dzień. Dzień naszego końca. Ale Erik Longbottom nie miał prawa zrozumieć tego tak jak on. Nie stracił tak dużej części życia przez obłąkaną, perfidną Annaleigh. Zasnął w jego wieku i obudził się po czterdziestce w pułapce tego, jak wiele stracił na tkwieniu w obsesji na punkcie cholernej Lestrange...
- Oh, jestem autorem teorii stałych punktów w czasie - był zobligowany do tego, aby się tym oczywiście pochwalić, jakże by inaczej - ale to niekoniecznie musiał być jeden z nich. Po prostu ze wszystkich możliwości ta wybrzmiewała najgłośniej.
Łaskawość grafiku nieco go rozbawiła. Dlaczego nie mógł powiedzieć tego wprost? Najwyraźniej u Longbottomów to było rodzinne - zagmatwane wypowiedzi, tkane niemalże wierszem. W tym wszystkim Dolohov, jako umysł ścisły, nie zawsze potrafił docenić poetyckość opisów i podejście do życia stawiające relację z nim w pozycji dzieła sztuki. Myliła ich jego boskość? Nie, oni w ten sposób budowali wokół siebie dystans.
Po ostatniej jego wypowiedzi Dolohov zmierzył go spojrzeniem, wyraźnie już dając ujście swojemu zmieszaniu. On tutaj nie odpoczywał. To otoczenie go męczyło, a rozmowa była zagmatwana przez wiele czynników niezależnych od intencji Erika. Tak się więc rozstali - z obietnicą kolejnego spotkania, ale o rozmytej dacie, Vakel natomiast rzadko godził się na to, aby cokolwiek w jego życiu było niepewne. Zrobił ten wyjątek. Jeżeli tego pożałuje, a znając jego ostatnią passę - tak się stanie - spisze tę rodzinę na straty.
- Nie słyszałem, żeby Nicholas Flamel szczególnie głośno narzekał na taki stan rzeczy. Częściej za to moich uszu sięga opinia, że mamy na tym świecie za mało czasu, aby się wybawić.
Nieśmiertelność nigdy nie miała prawa nią być. Jeżeli nie skończymy się my, skończą się gwiazdy, a wraz z nimi świat - jako astronom wiedział o tym doskonale. Długowieczność - tak. I to przecież była dobra rzecz. Możliwość podjęcia samodzielnej decyzji o tym, kiedy nastąpi ten dzień. Dzień naszego końca. Ale Erik Longbottom nie miał prawa zrozumieć tego tak jak on. Nie stracił tak dużej części życia przez obłąkaną, perfidną Annaleigh. Zasnął w jego wieku i obudził się po czterdziestce w pułapce tego, jak wiele stracił na tkwieniu w obsesji na punkcie cholernej Lestrange...
- Oh, jestem autorem teorii stałych punktów w czasie - był zobligowany do tego, aby się tym oczywiście pochwalić, jakże by inaczej - ale to niekoniecznie musiał być jeden z nich. Po prostu ze wszystkich możliwości ta wybrzmiewała najgłośniej.
Łaskawość grafiku nieco go rozbawiła. Dlaczego nie mógł powiedzieć tego wprost? Najwyraźniej u Longbottomów to było rodzinne - zagmatwane wypowiedzi, tkane niemalże wierszem. W tym wszystkim Dolohov, jako umysł ścisły, nie zawsze potrafił docenić poetyckość opisów i podejście do życia stawiające relację z nim w pozycji dzieła sztuki. Myliła ich jego boskość? Nie, oni w ten sposób budowali wokół siebie dystans.
Po ostatniej jego wypowiedzi Dolohov zmierzył go spojrzeniem, wyraźnie już dając ujście swojemu zmieszaniu. On tutaj nie odpoczywał. To otoczenie go męczyło, a rozmowa była zagmatwana przez wiele czynników niezależnych od intencji Erika. Tak się więc rozstali - z obietnicą kolejnego spotkania, ale o rozmytej dacie, Vakel natomiast rzadko godził się na to, aby cokolwiek w jego życiu było niepewne. Zrobił ten wyjątek. Jeżeli tego pożałuje, a znając jego ostatnią passę - tak się stanie - spisze tę rodzinę na straty.
Koniec sesji
with all due respect, which is none