11.07.2024, 19:55 ✶
Wygląd, podobnie, jak pieniądze i kwestie materialne, dla Pandory nie miał praktycznie znaczenia. Laurent był pięknym człowiekiem, zarówno ciałem, jak i duszą, nie tylko dlatego, że był jej młodszym bratem. Zawsze przypominał jej osobę urodzoną do przejęcia władzy, księcia z bajek. Miał głębokie i dobre spojrzenie, chociaż zawsze czaił się w nim jakiś cień, który starała się zwalczyć. Nie umiała zrozumieć pewnie do końca sytuacji, w których mógł na przestrzeni lat znajdować się brat, ale zawsze starała się, aby mu pomóc i aby czuł się akceptowany, czuł się częścią całości. To, że miał inną mamę, nie miało dla niej znaczenia. Nie zamierzała nigdy oceniać czynów ojca lub reakcji matki w tym zakresie, to były ich decyzje i ich problemy, skreślanie Laurenta za to, czego był owocem, było niesprawiedliwie. Matka owszem mogła mieć cierń w sercu, ale to nie była jego wina.
Nie mogła chcieć niczego więcej, niż tego, aby miał jakieś porozumienie i pozytywną relację z Hjalmarem. Potrzebowała tego, jego akceptacji, zwłaszcza gdy przyjdzie czas na wtajemniczenie we wszystko Edwarda. On na pewno nie będzie zachwycony, bo Islandczyk nie był tym, czego od jej męża oczekiwał — doskonale o tym wiedziała. Serce Pandory biło w szybkim i nierównym rytmie, czuła, jak ciepłe ma policzki, które musiał pokrywać delikatny rumieniec. Odgarnęła pasmo włosów z twarzy, zgarniając je za ucho. Laurentem była bliżej niż z ojcem i podświadomie wiedziała, że przedstawienie Niedźwiadka jemu, jego opinia i ich przyszła relacja będzie miała na nią olbrzymi wpływ. Owszem, chodziła na randki, przyjmowała oferty drinków od podesłanych przez rodzinę mężczyzn, ale trudno było spoglądać poważnie na kogoś, kto nie widział głębiej, dalej, skupiając się na złocie i klejnotach, na przywilejach. Była na tyle silna z charakteru, że nie mogła stanowić w związku jedynie dodatku, a do tego, ktoś musiał przejawiać wrodzony talent do uspokajania jej zapędów i ustawiania ją okazjonalnie do pionu, jeśli mieli żyć długo i szczęśliwie. Była na tyle niezależna, że potrzebowała kogoś, kto byłby w stanie z rozsądkiem i dobrym argumentem uświadomić jej, że nie musiała polegać tylko na sobie, że pieniądze nie miały znaczenia. Odwzajemniła jego uśmiech, kręcąc przy tym delikatnie głową, bo nie miał przecież za co jej dziękować.
Wbrew temu, co Laurent myślał, byłby dobrym ojcem, musiał tylko znaleźć odpowiednią osobą, z którą chciałby stworzyć rodzinę. Nie chodziło o płeć drugiego człowieka, chociaż mogło to w obecnych czasach brzmieć skandalicznie, a o poczucie szczęścia i spełnienia. Prawdziwa miłość zdaniem brunetki polegała na zakochaniu się w tym, co tworzyło człowieka — charakterze, drobnych gestach, głębi oczu, w czynach. Cała reszta nie miała dużego znaczenia. Niezależnie, czy byłoby to dziecko urodzone dla niego przez jakąś przyjaciółkę, która zrzekłaby się praw, czy byłoby to dziecko adoptowane, będące potomstwem jego partnera z poprzedniego związku — byłoby Prewettem. Świat nie zapamiętywał krwi, nie zapamiętywał tego, jak wiązała ludzi, znacznie częściej pamiętał imiona oraz nazwiska.
- Hmmm... Możesz mieć trochę racji, ale nie chce się z nią rozstawać. To tak, jakbyś był ze mną. - wyjaśniła mu, siląc się na powagę, chociaż zaraz roześmiała się pogodnie. Zawsze doszukiwała się wielkich aspektów w małych rzeczach, małego szczęścia, które skrywały. Przyjrzała się z zachwytem zapiętej bransoletce, poruszając delikatnie ręką, uznając kolejny raz, że była po prostu przepiękna i wcale nie musiała tego mówić, bo było to wymalowane na jej twarzy.
Słuchała go uważnie, skupiając na nim spojrzenie, a cały świat zdawał się po prostu zniknąć i wyciszyć, stanowić mało istotne tło. Mówił z sensem, rozwiązanie banalne, na które teoretycznie wpadła, ale nie umiała wprowadzić w życie i nie miała pomysłu, od czego zacząć — na szczęście Laurent miał. Im więcej czasu mijało, tym trudniej było dziewczynie poruszyć ten temat. Nie okłamywała go, on też nie pytał — wszystko to kryło się za mgłą z milczenia.
- A jak ojciec go wystraszy? Zasypie tym wszystkim.... - wykonała bliżej nieokreślony ruch rąk, zwilżając następnie wargi. Niechętnie uznała zwycięstwo kawy nad swoją dłonią, ale sama upiła łyk przyniesionej herbaty, bo w gardle rosła jej gula. - Częściej ja byłam na Islandii, niż pokazywałam mu nasze ziemie w Anglii. Był w Turcji u dziadków, nawet matka go poznała, ale myślę, że wierzy, że nie mamy kontaktu i nigdy nie traktowała go, jak mojego potencjalnego partnera.
Dodała jeszcze z delikatnym wzruszeniem ramion, przekręcając nieporadnie głowę w bok. On był dużo lepszy w relacjach intymnych, romantycznych i była o tym świece przekonana. Kolejny raz obróciła bransoletką na nadgarstku. Westchnęła, gdy zapadła cisza po kolejnych słowach Lauriego, a potem wysunęła dłoń i uniosła jego podbródek, patrząc mu w oczy — oczywiście delikatnie, ale z pewną nutą stanowczości.
- Nie przejmuj się, dowiedziałby się prędzej czy później. Wiem, że zawsze chcesz dla mnie, jak najlepiej. Na szczęście umiem sobie z nim radzić i rezydencja nie wybuchła, chociaż faktycznie, troszkę odleciał. - wywróciła oczami, a jej dłoń powędrowała wyżej, głaszcząc jego policzek. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że jesteś moim bratem Laurent.
Szepnęła czuła, nie mając absolutnie mu za złe. Nie umiała się na niego gniewać, zwłaszcza o taką pierdołę. Wierzyła, że mówił jej o wszystkim, ale prawda była taka, że gdyby tylko dowiedziała się o tym, jak Edward go potraktował, rozpętałaby piekło.
Nie mogła chcieć niczego więcej, niż tego, aby miał jakieś porozumienie i pozytywną relację z Hjalmarem. Potrzebowała tego, jego akceptacji, zwłaszcza gdy przyjdzie czas na wtajemniczenie we wszystko Edwarda. On na pewno nie będzie zachwycony, bo Islandczyk nie był tym, czego od jej męża oczekiwał — doskonale o tym wiedziała. Serce Pandory biło w szybkim i nierównym rytmie, czuła, jak ciepłe ma policzki, które musiał pokrywać delikatny rumieniec. Odgarnęła pasmo włosów z twarzy, zgarniając je za ucho. Laurentem była bliżej niż z ojcem i podświadomie wiedziała, że przedstawienie Niedźwiadka jemu, jego opinia i ich przyszła relacja będzie miała na nią olbrzymi wpływ. Owszem, chodziła na randki, przyjmowała oferty drinków od podesłanych przez rodzinę mężczyzn, ale trudno było spoglądać poważnie na kogoś, kto nie widział głębiej, dalej, skupiając się na złocie i klejnotach, na przywilejach. Była na tyle silna z charakteru, że nie mogła stanowić w związku jedynie dodatku, a do tego, ktoś musiał przejawiać wrodzony talent do uspokajania jej zapędów i ustawiania ją okazjonalnie do pionu, jeśli mieli żyć długo i szczęśliwie. Była na tyle niezależna, że potrzebowała kogoś, kto byłby w stanie z rozsądkiem i dobrym argumentem uświadomić jej, że nie musiała polegać tylko na sobie, że pieniądze nie miały znaczenia. Odwzajemniła jego uśmiech, kręcąc przy tym delikatnie głową, bo nie miał przecież za co jej dziękować.
Wbrew temu, co Laurent myślał, byłby dobrym ojcem, musiał tylko znaleźć odpowiednią osobą, z którą chciałby stworzyć rodzinę. Nie chodziło o płeć drugiego człowieka, chociaż mogło to w obecnych czasach brzmieć skandalicznie, a o poczucie szczęścia i spełnienia. Prawdziwa miłość zdaniem brunetki polegała na zakochaniu się w tym, co tworzyło człowieka — charakterze, drobnych gestach, głębi oczu, w czynach. Cała reszta nie miała dużego znaczenia. Niezależnie, czy byłoby to dziecko urodzone dla niego przez jakąś przyjaciółkę, która zrzekłaby się praw, czy byłoby to dziecko adoptowane, będące potomstwem jego partnera z poprzedniego związku — byłoby Prewettem. Świat nie zapamiętywał krwi, nie zapamiętywał tego, jak wiązała ludzi, znacznie częściej pamiętał imiona oraz nazwiska.
- Hmmm... Możesz mieć trochę racji, ale nie chce się z nią rozstawać. To tak, jakbyś był ze mną. - wyjaśniła mu, siląc się na powagę, chociaż zaraz roześmiała się pogodnie. Zawsze doszukiwała się wielkich aspektów w małych rzeczach, małego szczęścia, które skrywały. Przyjrzała się z zachwytem zapiętej bransoletce, poruszając delikatnie ręką, uznając kolejny raz, że była po prostu przepiękna i wcale nie musiała tego mówić, bo było to wymalowane na jej twarzy.
Słuchała go uważnie, skupiając na nim spojrzenie, a cały świat zdawał się po prostu zniknąć i wyciszyć, stanowić mało istotne tło. Mówił z sensem, rozwiązanie banalne, na które teoretycznie wpadła, ale nie umiała wprowadzić w życie i nie miała pomysłu, od czego zacząć — na szczęście Laurent miał. Im więcej czasu mijało, tym trudniej było dziewczynie poruszyć ten temat. Nie okłamywała go, on też nie pytał — wszystko to kryło się za mgłą z milczenia.
- A jak ojciec go wystraszy? Zasypie tym wszystkim.... - wykonała bliżej nieokreślony ruch rąk, zwilżając następnie wargi. Niechętnie uznała zwycięstwo kawy nad swoją dłonią, ale sama upiła łyk przyniesionej herbaty, bo w gardle rosła jej gula. - Częściej ja byłam na Islandii, niż pokazywałam mu nasze ziemie w Anglii. Był w Turcji u dziadków, nawet matka go poznała, ale myślę, że wierzy, że nie mamy kontaktu i nigdy nie traktowała go, jak mojego potencjalnego partnera.
Dodała jeszcze z delikatnym wzruszeniem ramion, przekręcając nieporadnie głowę w bok. On był dużo lepszy w relacjach intymnych, romantycznych i była o tym świece przekonana. Kolejny raz obróciła bransoletką na nadgarstku. Westchnęła, gdy zapadła cisza po kolejnych słowach Lauriego, a potem wysunęła dłoń i uniosła jego podbródek, patrząc mu w oczy — oczywiście delikatnie, ale z pewną nutą stanowczości.
- Nie przejmuj się, dowiedziałby się prędzej czy później. Wiem, że zawsze chcesz dla mnie, jak najlepiej. Na szczęście umiem sobie z nim radzić i rezydencja nie wybuchła, chociaż faktycznie, troszkę odleciał. - wywróciła oczami, a jej dłoń powędrowała wyżej, głaszcząc jego policzek. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że jesteś moim bratem Laurent.
Szepnęła czuła, nie mając absolutnie mu za złe. Nie umiała się na niego gniewać, zwłaszcza o taką pierdołę. Wierzyła, że mówił jej o wszystkim, ale prawda była taka, że gdyby tylko dowiedziała się o tym, jak Edward go potraktował, rozpętałaby piekło.