11.07.2024, 21:10 ✶
To wszystko zadziało się bardzo szybko. Dziwna istota nie była raczej duchem skoro poczuł ciepło jej ciała, poczuł zupełnie normalną reakcję, gdy translokacja odbywa się blisko drugiej osoby. Nie zdążył jednak nawet pomyśleć o intruzie, nie zdążył przeklnąć, ani pogrozić bo nagle jego twarz zaczęła płonąć symetrycznie rozchodzącym się cierpieniem, a w oczach stanęły łzy.
– A.......ŁA!!! – krzyknął łapiąc się oburącz za nasadę nosa i chybocząc się na nogach. Różdżkę trzymał mocno, ale dwa palce mocno naciskały skórę i kości i chrząstki i wszystko to co pozostało z jego twarzy. A potem z ust Anthony'ego padły nie tyle co przekleństwa, a potok słów, każde jednak było z nieco innej parafii, czy nawet wyznania, bo Anthony Shafiq próbując jakkolwiek złagodzić ogromny ból, popłynął wszystkimi językami świata bełkocząc wściekle i przemierzając kontynenty ciskając klątwatmi. Przez niemiecki, rosyjski, chiński, fiński, włoski po arabski aż po suahili... Oczy łzawiły mu obficie, z trudem łapał powietrze hiperwentylując się w odruchach spanikowanego umysłu, który NIGDY WCZEŚNIEJ nie znalazł się w takiej sytuacji stricte fizycznej. Zachwiał się przy tym i oparł plecami o ścianę, ściągając gwałtownie okulary, które i tak chyba były lekko nadłamane uderzeniem.
– To... to... to jest napaść! – stękał, w końcu odnajdując rodzimą mowę, choć nie wiedział czy jego oprawca wciąż jest w zasięgu słów. Przed oczami miał mroczki, kręciło mu się w głowie. Czuł zapach krwi, ale nie wiedział czy krwawi. Czy tak się czuje złamany nos? Czy tak właśnie Ci wszyscy barbarzyńcy załatwiali między sobą niesnaski? O bogowie, jakież to było boleśnie okrutne... Z pewnością teraz twarz spuchnie mu niemiłosiernie, a przecież za dwa dni miał ważne spotkanie... Nie wiedział czy zniszczenia da się załagodzić, czy nawet odwrócić. W końcu nigdy nie musiał tego wiedzieć. W głowie zaświtało mu, że będzie potrzebował pomocy Jonathana w rozwiązaniu tego zmartwienia, ale Jonathan był hen daleko za kanałem la Manche na w pełni zasłużonym, dożywotnim stołku ambasadorskim. I już nie wiedział z jakiego powodu chciało mu się płakać bardziej, z bólu, z lęku przed trwałymi uszkodzeniami, czy z tęsknoty, której nie dopuszczał do siebie na co dzień. Fakt był jednak taki, że słonawa woda wielkimi grochami spływała po policzkach, kapiąc jak ten deszcz na zewnątrz.
– A.......ŁA!!! – krzyknął łapiąc się oburącz za nasadę nosa i chybocząc się na nogach. Różdżkę trzymał mocno, ale dwa palce mocno naciskały skórę i kości i chrząstki i wszystko to co pozostało z jego twarzy. A potem z ust Anthony'ego padły nie tyle co przekleństwa, a potok słów, każde jednak było z nieco innej parafii, czy nawet wyznania, bo Anthony Shafiq próbując jakkolwiek złagodzić ogromny ból, popłynął wszystkimi językami świata bełkocząc wściekle i przemierzając kontynenty ciskając klątwatmi. Przez niemiecki, rosyjski, chiński, fiński, włoski po arabski aż po suahili... Oczy łzawiły mu obficie, z trudem łapał powietrze hiperwentylując się w odruchach spanikowanego umysłu, który NIGDY WCZEŚNIEJ nie znalazł się w takiej sytuacji stricte fizycznej. Zachwiał się przy tym i oparł plecami o ścianę, ściągając gwałtownie okulary, które i tak chyba były lekko nadłamane uderzeniem.
– To... to... to jest napaść! – stękał, w końcu odnajdując rodzimą mowę, choć nie wiedział czy jego oprawca wciąż jest w zasięgu słów. Przed oczami miał mroczki, kręciło mu się w głowie. Czuł zapach krwi, ale nie wiedział czy krwawi. Czy tak się czuje złamany nos? Czy tak właśnie Ci wszyscy barbarzyńcy załatwiali między sobą niesnaski? O bogowie, jakież to było boleśnie okrutne... Z pewnością teraz twarz spuchnie mu niemiłosiernie, a przecież za dwa dni miał ważne spotkanie... Nie wiedział czy zniszczenia da się załagodzić, czy nawet odwrócić. W końcu nigdy nie musiał tego wiedzieć. W głowie zaświtało mu, że będzie potrzebował pomocy Jonathana w rozwiązaniu tego zmartwienia, ale Jonathan był hen daleko za kanałem la Manche na w pełni zasłużonym, dożywotnim stołku ambasadorskim. I już nie wiedział z jakiego powodu chciało mu się płakać bardziej, z bólu, z lęku przed trwałymi uszkodzeniami, czy z tęsknoty, której nie dopuszczał do siebie na co dzień. Fakt był jednak taki, że słonawa woda wielkimi grochami spływała po policzkach, kapiąc jak ten deszcz na zewnątrz.