11.07.2024, 23:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.07.2024, 23:48 przez Alexander Mulciber.)
Riposta Bulstrode’a była tak samo gówniana jak on sam. Oszczędził szczeniakowi wstydu, wcześniej wyraził się wystarczająco dobitnie. Skupił się na grze. Nie, nie zawsze oszukiwał. Czasem po prostu chciał poczuć, jak przeznaczenie całuje jego palce, jak wodzi go za nos słodką obietnicą zysku, mami tajemnicami. Lubił nieprzewidywalność gier hazardowych, lubił igrać z losem, czuć buzowanie adrenaliny w żyłach.
Zmrużył oczy, patrząc na karty wyłożone przez dwójkę współgraczy – tych, których nie spasowali. Para u czarnowłosej piękności, kolor u aurora… Zaraz. Zamrugał. Dwa razy walet karo? Uśmiechnął się ironicznie, obdarzając Bulstrode’a spojrzeniem, w którym satysfakcja mieszała się z pogardą. Nie tylko oszust, ale i partacz. Już chciał go obrazić, ale wtedy krupier przewrócił szklankę z ognistą, wylewając alkohol na ubranie Alexandra.
Wypuścił powietrze nosem, rozbawiony.
– Zostaw – powiedział do krupiera, który rzucił się w jego stronę z serwetkami. Ton Alexandra był zaskakująco ugodowy. – To tylko koszula. – Proste zaklęcie czyszczące załatwiło sprawę. Odłożył różdżkę. Zmierzył krupiera spojrzeniem, które u odważniejszych wywoływało ciarki na plecach. Dlaczego nic nie powiedział o dublu? Widział jego drżące dłonie. Alexander Mulciber dobrze wiedział jak wygląda strach, wiedział też, jak go wykorzystać. Kiedy się odezwał, był spokojny. Każdy mógł jednak wyczuć, że ten spokój kosztował go drożej niż wszystkie żetony, jakie mógł dzisiaj wymienić w kasie Agnès Delacour. Każdy mógł wyczuć, że pod chłodnym opanowaniem czai się coś mrocznego.
– Policz lepiej karty w talii. Teraz. Pan Bulstrode – wypluł nazwisko aurora jak obrzydliwą flegmę, która zalega w gardle – oszukuje. Dołożył sobie waleta karo i mamy teraz na stole dubel: u niego, i u pani obok.
Zgasił peta w popielniczce – zgniótł niedopałek powolnym, metodycznym ruchem – nie spuszczając wzroku z krupiera. Oczy Alexandra świeciły bystro.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Zmrużył oczy, patrząc na karty wyłożone przez dwójkę współgraczy – tych, których nie spasowali. Para u czarnowłosej piękności, kolor u aurora… Zaraz. Zamrugał. Dwa razy walet karo? Uśmiechnął się ironicznie, obdarzając Bulstrode’a spojrzeniem, w którym satysfakcja mieszała się z pogardą. Nie tylko oszust, ale i partacz. Już chciał go obrazić, ale wtedy krupier przewrócił szklankę z ognistą, wylewając alkohol na ubranie Alexandra.
Wypuścił powietrze nosem, rozbawiony.
– Zostaw – powiedział do krupiera, który rzucił się w jego stronę z serwetkami. Ton Alexandra był zaskakująco ugodowy. – To tylko koszula. – Proste zaklęcie czyszczące załatwiło sprawę. Odłożył różdżkę. Zmierzył krupiera spojrzeniem, które u odważniejszych wywoływało ciarki na plecach. Dlaczego nic nie powiedział o dublu? Widział jego drżące dłonie. Alexander Mulciber dobrze wiedział jak wygląda strach, wiedział też, jak go wykorzystać. Kiedy się odezwał, był spokojny. Każdy mógł jednak wyczuć, że ten spokój kosztował go drożej niż wszystkie żetony, jakie mógł dzisiaj wymienić w kasie Agnès Delacour. Każdy mógł wyczuć, że pod chłodnym opanowaniem czai się coś mrocznego.
– Policz lepiej karty w talii. Teraz. Pan Bulstrode – wypluł nazwisko aurora jak obrzydliwą flegmę, która zalega w gardle – oszukuje. Dołożył sobie waleta karo i mamy teraz na stole dubel: u niego, i u pani obok.
Zgasił peta w popielniczce – zgniótł niedopałek powolnym, metodycznym ruchem – nie spuszczając wzroku z krupiera. Oczy Alexandra świeciły bystro.
Flexuję przewagą zastraszanko.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat