Minimalistyczny styl życia Urlett nie oferował kotkowi wielu obiektów do harców. W szafie znalazł niemal tylko i wyłącznie ubrania. Małe puzderko upadło na podłogę ze stuknięciem, ale nie dołączył do niego brzęk rozsypanej biżuterii, gdyż było zbyt dobrze zamknięte. Klamra do włosów nie wzbudziła swoją muzyką wielkich nadziei, ale jedyna fiolka perfum miała szansę stać się gwiazdą wieczoru.
Na pojedynczy dźwięk Urlett by pewnie nie zareagowała. Ale tłuczone szkło tylko głuchego nie zaalarmuje. Podniosła się znad biureczka. To nie dobiegało z dworu.
— Zostań. Kontynuuj — nakazała Perle. Sama szybkim krokiem ruszyła do sypialni. Kto wie, może upragniony małżonek sam się zmaterializował? Nawet o tym nie myślała. Zobaczyła otwartą szafę. Wyrzucone przedmioty. Krople Tears of Banshee stające się powoli jednością z powietrzem.
Brwi delikatnie zmarszczyły się w geście konfuzji. Zamknęła drzwi za sobą. Pani Lestrange miała nieskazitelną opinię landlorda. Nie wynajęłaby nawiedzonego mieszkania. A przynajmniej nie bez poinformowania o dodatkowych współlokatorach. Urlett była gotowa do ataku ewentualnego wyskakującego z ukrycia napastnika. Może chował się za zasłonką, a może w łazience, a może tylko opadł na podłogę za łóżkiem? Ze swojego obecnego miejsca mogła go nie dostrzec. Drobnym ruchem dłoni zakluczyła drzwi niewerbalnym zaklęciem i powoli okrążyła łóżko, rozglądając się za źródłem zamieszania. Czy włamywacz rzeczywiście miał więcej sensu niż duch? A któż to wie, jak to w Londynie bywało?