-Nie wszyscy - przyznał, z pewną ulgą, bo, nawet gdyby świat kompletnie zwariował, a czarodzieje czystej krwi zaczęli tak po prostu biegać sobie po ulicach i mordować szlamy, ku chwale Salazara Slytherina i Czarnego Pana, w jego myślach pojawiły się przynajmniej trzy osoby, które nigdy nie przyłączyłyby się do takiej krucjaty. -Chyba że nie mówił o tym tylko ze względu na pozostałych Założycieli - tak również mogło być, albo może nie wyjawiał swoich planów Heldze Hufflepuff, czy Rowenie Ravenclaw (Godryka nawet nie było sensu brać pod uwagę), ale mógł wtajemniczać w swój plan uczniów, których miał pod swoją pieczą.
Nie był to dobry czas. Nie dla mugolaków. Nie dla ich przyjaciół. Kto wie, do czego jeszcze posunie się Voldemort, jeżeli nikt go nie powstrzyma? W jakie kierunki pchnie go władza i potęga, którą zaczyna wokół siebie gromadzić?
Westchnął cicho.
-Niestety, w takich czasach przyszło nam żyć i musimy jakoś sobie z tym poradzić - przykre, ale prawdziwe.
Na widok odznaki jego brew powędrowała w górę. Brygada Uderzeniowa. Chyba zaczynał się cieszyć, że Brenna pojawiła się, zanim pięści zaczęło go świerzbić, by wybić kilka zębów. A może, gdyby został zaciągnięty przez Brennę do Ministerstwa (jako ofiara albo prowokator), spotkałby siostrę albo któregoś z wujków?
No dobra, to może nie była najlepsza wizja.
-Wygląda na to, że szczęście się do mnie tego wieczoru uśmiechnęło - powiedział, chociaż na jego twarzy nie pojawiło się nawet złudzenie uśmiechu i radości. -Jeśli mogę spytać, zwykły patrol, czy więcej nowo powstałych fanatyków czystej krwi sprawia problemy?
Wszelkie uszczypliwości i złośliwości, które mogłyby się nasunąć na myśl w czasie rozmowy, miał zamiar zachować dla siebie, ale był ciekawy, czy w tym nieciekawym czasie, gdy część społeczeństwa ogarnął lęk o życie własne o bliskich, czy Ministerstwo podejmowało konkretne kroki? Czy może mieli związane ręce?
-Jeżeli taki spacer nie przeszkodzi Pa... Ekhem... Tobie... Podczas patrolu - powiedział i wskazał kierunek, w którym mieli się udać.
Nocą Ulica Pokątna wydawała się zupełnie innym miejscem, niż ta znana uliczka, za dnia goszcząca mrowia czarodziejów. Długa i cicha, zdawała się obserwować pojedynczych przechodniów oczami zamkniętych okiem, a chwilami budynki zdawały się piąć ku niebu i pochylać się, jak ochronny parasol.
A może przestroga, bo ulice widzą, co czynisz?
Samego Jessiego ta cisza napawała spokojem, ale tej nocy miał wrażenie, że patrzy na niego milion wrogich oczu.
-Dlaczego teraz? - zastanowił się na głos, gdy szli, a wzrok skierowany miał ku niebu. -Co takiego się stało, że właśnie teraz się ujawnił? - niechęć do mugoli i ich potomków, których spłodzili z czarodziejami, zrodziła się już wiele lat temu, ale teraz miała swojego przedstawiciela.
Dlaczego teraz?