13.07.2024, 10:15 ✶
Podejście Isaaca, a nawet samej Millie, było dla Brenny trochę trudne do pojęcia – mimo wszystko wychowała się w czystokrwistej, „porządnej” rodzinie, i okres jej dorastania przypadał na lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte, a społeczeństwo czarodziejów było bardziej konserwatywne niż to mugolskie. Ale i zdążyła w ostatnich latach na dostatecznie wiele rzeczy napatrzeć się w pracy, i zorientować się, jakie rzeczy wyprawiały się za tą tradycyjną fasadą rodów czystej krwi (byli bandą hipokrytów, nie ma co), aby nie komentować.
Omal nie westchnęła na wspomnienie Beltane. A więc o to chodziło. Isaac pochodził z rodziny dość starej, nie powinien być więc pierwszym celem, ale wciąż jako półkrwi był bardziej narażony niż czystokrwiści. A i po sabacie jasne było, że nikt nie może czuć się bezpieczny: za łatwo było oberwać choćby przypadkiem. Ale…
– Co ty kombinujesz, Isaac? – spytała, zwracając na niego zamyślone spojrzenie. Nie brzmiał tak, jakby bał się, że wpadnie właśnie czystym zbiegiem okolicznościowym do miejsca, w którym dojdzie do ataku, a raczej jakby spodziewał się, że będzie musiał się bronić. W podobnym tonie zresztą utrzymany był i jego list. – Owszem, najlepsza obrona to zawsze atak… to znaczy przynajmniej w pojedynkach, bo obawiam się, że nie znam się za bardzo na podrywaniu kobiet. Zauroczenie właściwie to najlepsza dziedzina magii do takiej walki, przynajmniej póki masz element zaskoczenia.
Sama nie była szczególnie uzdolniona akurat w tym kierunku i trochę tego żałowała. Ale i zawsze miała pewne opory wobec wpływania na cudze umysły, i jakoś odruchowo sięgała ku kształtowaniu.
– Pojedynki nie są zakazane. Walka z kimś, kto atakuje ciebie albo kogoś innego też nie. A nawet gdyby była, na pewno nie próbowałabym jej nikomu zabraniać – uspokoiła go, bo nie przyszło jej nawet do głowy, że miałby prosić o takie porady po to, aby chodzić i atakować kogoś na ulicach. – Icarcerous – powiedziała, celowo wypowiadając inkantację na głos, by mógł ją usłyszeć i wykonała gest różdżką, w jednym ze swoich ulubionych zaklęć, dość skutecznym, i jednocześnie nie zbliżającym się choćby do czarnej magii. W powietrzu zwinęły się grube, magiczne liny, które opętały wyimaginowanego przeciwnika, a potem opadły na ziemię.
Kolejne zaklęcie, tym razem rozpraszające, sprawiło, że lina znikła.
– Proste i dość skuteczne, gdy nie planujesz zabijać. Taki ruch nadgarstka - dodała, powtarzając gest, tym razem bardzo powoli.
Omal nie westchnęła na wspomnienie Beltane. A więc o to chodziło. Isaac pochodził z rodziny dość starej, nie powinien być więc pierwszym celem, ale wciąż jako półkrwi był bardziej narażony niż czystokrwiści. A i po sabacie jasne było, że nikt nie może czuć się bezpieczny: za łatwo było oberwać choćby przypadkiem. Ale…
– Co ty kombinujesz, Isaac? – spytała, zwracając na niego zamyślone spojrzenie. Nie brzmiał tak, jakby bał się, że wpadnie właśnie czystym zbiegiem okolicznościowym do miejsca, w którym dojdzie do ataku, a raczej jakby spodziewał się, że będzie musiał się bronić. W podobnym tonie zresztą utrzymany był i jego list. – Owszem, najlepsza obrona to zawsze atak… to znaczy przynajmniej w pojedynkach, bo obawiam się, że nie znam się za bardzo na podrywaniu kobiet. Zauroczenie właściwie to najlepsza dziedzina magii do takiej walki, przynajmniej póki masz element zaskoczenia.
Sama nie była szczególnie uzdolniona akurat w tym kierunku i trochę tego żałowała. Ale i zawsze miała pewne opory wobec wpływania na cudze umysły, i jakoś odruchowo sięgała ku kształtowaniu.
– Pojedynki nie są zakazane. Walka z kimś, kto atakuje ciebie albo kogoś innego też nie. A nawet gdyby była, na pewno nie próbowałabym jej nikomu zabraniać – uspokoiła go, bo nie przyszło jej nawet do głowy, że miałby prosić o takie porady po to, aby chodzić i atakować kogoś na ulicach. – Icarcerous – powiedziała, celowo wypowiadając inkantację na głos, by mógł ją usłyszeć i wykonała gest różdżką, w jednym ze swoich ulubionych zaklęć, dość skutecznym, i jednocześnie nie zbliżającym się choćby do czarnej magii. W powietrzu zwinęły się grube, magiczne liny, które opętały wyimaginowanego przeciwnika, a potem opadły na ziemię.
Kolejne zaklęcie, tym razem rozpraszające, sprawiło, że lina znikła.
– Proste i dość skuteczne, gdy nie planujesz zabijać. Taki ruch nadgarstka - dodała, powtarzając gest, tym razem bardzo powoli.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.