Nie zamierzał tutaj spać. Nie planował nawet. Wszystko było poukładane: podziękował za pomoc niewiastom, pożegnał je, pozbiera resztę swoich rzeczy... jakichś rzeczy... i wróci do domu Florence. Plan, w którym wszystko musiało działać, każdy kroczek był stawiany z rozsądkiem, wszystko było przemyślane. Bo było, prawda?
Byłoby o wiele bardziej, gdyby nie to, że w zasadzie rozminął się częściowo z towarzystwem, że odebrał od Alexandra klucze do własnego domu, że Duma patrzył na niego poddenerwowany, jakby stworzenie obawiało się, że zaraz zniknie. Rozpłynie się. Być może takimi samymi ślepiami spoglądałby na niego Fuego, gdyby ten tylko tutaj był. Ale ten jeden z najbardziej niezwykłych stworzeń tego świata, przynajmniej nam znanego, był już bezpieczny w Londynie. Duma spełniał swoje zadanie - pilnował. Czujny, cicho burczący pod nosem, kiedy tylko Laurent robił bardziej gwałtowne czy niespokojne ruchy. Niepokój? Nerwowość? Ależ skąd, przecież to był piękny, letni wieczór! Późny wieczór, dlatego Laurent dobrze wiedział, że powinien wziąć swoje papiery, przejrzeć do końca tę pocztę, która się ostała, której nie spalił, a którą do wglądu aurorom zaproponowała Victoria i Brenna. Tak. Piękny wieczór...
Nie chciał wracać i pokazywać się Florence i Atreusowi w takim stanie. Siedział przed biurkiem, na którym rozłożone były koperty, pergaminy i teczki, a to, co przed momentem ułożył w perfekcyjny porządek zostało zrzucone z blatu. Rozrzucone po nim - chaos i nieład, bluźniercze zakłócenie norm tego miejsca. Może i nie panował to perfekcyjny porządek - Laurent nie był pedantem. Ale rzeczy nie walały się po podłogach, nie było sajgonu na każdej półce, przy każdym stoliku, wszystko przecież miało swoje miejsce! Teraz było to "wszystko" poza gabinetem. Leżał na blacie - trzymał czoło na przedramionach, w ułamku świadomości przypominając sobie, żeby zdjąć z oczu okulary. Światło świeciło się w tym miejscu - przez okno powinno wpadać do niego blask księżyca, ale kiedy zaczął śpiewać to była tylko ciemność - światełko obok niego, z tej rozpalonej lampki i dźwięk uderzających kropel o okno. Jesień. Powinna już trwać jesień i pochłaniać wszelakie życie. To ona wygrywała na strunach harfy w jego wnętrzu. I to ona rezonowała z całym jego otoczeniem. Musiała więc też rezonować z tym, co ujrzeć mógł Astaroth.
Zanim dobrze rozległo się pukanie do drzwi było podniesienie się Dumy. Poświęcenie temu uwagi świadczyłoby o paranoi, prawda? I Laurent by temu uwagę poświęcił, gdyby nie to, jaki był pochłonięty tym banalnie ludzkim odczuciem - smutkiem. Strachem. Niepewnością. Miks pod sosnowymi drzewami, których zagajnik przytulał się niemal do murów tego niewielkiego, jednorodzinnego domku, przedziwnie skromnego jak na kogoś, kto opisywał się nazwiskiem Prewett. Gdyby nie pogoda, gdyby nie noc, Astaroth dostrzegłby piękne morze, bo dom stał przy plaży, zobaczyłby kawałek ślicznego ogrodu, który był skierowany właśnie ku morzu, może dostrzegłby szczegóły świadczące o kunszcie rzemiosła w stworzeniu tego budynku, nawet jeśli był minimalistyczny w swojej formie jak na poziom, jaki prezentowała sobą ta rodzina. Może. Z perspektywy jednak jego podróży od strony lasu i szukania wejścia do domostwa ten widok był przysłonięty. Duma. Pies, co ma prawie metr w kłębie, waży nieomal sto kilo. Stworzenie, które teraz stawiało w pion swoje nietoperzowate uszy i nasłuchiwało czujnie. Nie, nucący Laurent na to uwagi nie zwrócił, ale kiedy rozległ się pomruk z gardzieli tej bestii to uniósł się z wolna i obrócił w kierunku stworzenia. Gdyby nie jego nucenie panowałaby tutaj cisza.
Walenie w drzwi było zbyt donośne.
Laurent podskoczył, złapał się za serce. Dopiero w drugim odruchu sięgnął po różdżkę - a w tym czasie głęboki bass szczeknięć Dumy (jeśli w ogóle można to szczeknięciami nazwać) rozdarł powietrze. Piosenka ustała, a letnia noc wróciła do swego pierwowzoru - bycia letnią nocą. Jedno, drugie, trzecie szczeknięcie. Duma był już pod drzwiami i zaczął warczeć. A Laurent? Laurent gotów był biec do kominka i zostawić już te wszystkie papiery za sobą. Gdyby nie ten głos...
Laurent zamarł. Warczenie ciągle docierało do niego z przyciemnionego korytarza, kiedy ostrożnie wyjrzał na niego w kierunku drzwi wejściowych. Czekał. Nie wiedział sam na co, ale przez moment czekał, zanim na miękkich nogach, jak najciszej potrafił, zbliżył się do głównych drzwi.
- Astaroth..? - Zapytał i wyjrzał w końcu przez judasza. Tak - wampir w całej okazałości. - Duma. Waruj. Dobry pies. - Potarmosił pysk stworzenia, żeby dostał nagrodę za dzielne pilnowanie i dopiero kiedy jarczuk przestał warczeć - otworzył drzwi. - Dobry wieczór... co ty tutaj robisz o takiej godzinie? - I nie, nie chodziło, że ogólnie nocą, ale było już naprawdę późno. Nic dziwnego, skoro wampir błądził tyle czasu po rezerwacie. - Proszę... wejdź. - Odsunął się z progu, żeby przepuścić mężczyznę i zamknąć za nim drzwi.