Ta cisza była obezwładniająca dla człowieka przyzwyczajonego do londyńskiego szumu, ale na pewno nie mogła być przytłaczająca dla Astarotha - człowieka, który wychowywał się w Snowdonii. Przyzwyczajony do zapachu lasu, do chłodu nocy, do dźwięków dochodzących z natury i jej łożyska prosto do ludzkiego ucha. Jednym dźwiękiem, który chwilowo brzmiał, kiedy Laurent trzymał te drzwi otworzone to szum morza. I zaraz po tym znowu warkot basiora, kiedy ten się podniósł i poczuł wampira obok swojego Pana. Laurent od razu do niego ruszył - do Dumy. kucnął nawet przy nim, żeby objąć go i odgrodzić swoim ciałem od powodu jego niepokoju. Instynkt wyczuwał i nakazywał uważać na to, co oznaczone było czarną magią. A wampiry były nią oznaczone z przypadku. A może z konieczności? Z konieczności tego, że przywrócenie kogoś do życia nie było mdłą zajawką, która nie pozostawia po sobie śladu.
- Spokojnie, Duma. Zostań. Nic się nie dzieje. Nic się nie dzieje... - Chwilowo obrócony do Astarotha plecami (podczas gdy złote ślepia bestii były wbite w tą dwunożną bestię) nie miał okazji popodziwiać dziwnych odruchów, jakie wzdragnęły Astarothem. Nie był mokry, ale przecież podświadomość robiła przedziwne rzeczy z naszymi odruchami. Pamięć mięśniowa odpalała się automatycznie i czasami głupota tych odruchów potrafiła przytłaczać - jak w tym wypadku. Na szczęście nie stanowiła niczego złego, a przynajmniej niczego, co Laurent by za złe miał uznać. Nawet gdyby to zobaczył. - Ach, tak... - Laurent uśmiechnął się, ale bez wyrazu - ten uśmiech nie sięgnął jego oczu, kiedy obrócił się przez ramię na Astarotha. - Wybacz, zaraz cię zaprowadzę do salonu... - ...tylko uporam się z tą bestią. Bo z dwoma na raz poradzić sobie nie był w stanie.
Więc oto miał gościa z okazji artykułu. Kolejnego gościa. Powinien się cieszyć, że tak o niego dbają i cieszył się - naprawdę. Troska ludzi potrafiła być... wspaniała. Tylko jednocześnie chciał, żeby cały świat zniknął, a on mógł się wcisnąć w kokon czerni, w którym nie było już niczego - i nikogo. Czuł się niemal tak samo głupio, jak o głupotę nawoływali niektórzy, że ten artykuł się pojawił. Niebezpośrednio wytykali jemu głupotę, albo nawet i bezpośrednio - bez znaczenia. Rozumiał, o co im chodzi. Tylko naprawdę nie chciał być nazywany... głupim. Nie chciał myśleć, że jego umysł był nic nie warty.
Te rozmyślania jednak były marne i mizerne. Rozpryskały się - bańka mydlana w dłoniach dziecka - bo zanim dobrze zdążył się podnieść od Dumy to Astaroth po prostu russzył. Żeby po prostu ruszył. Nie, oj nieee! On RUSZYŁ. Z bronią w ręku. Skradając się korytarzem, na którego końcu mógł zobaczyć długi stół jadalniany, a za nim kominek, sofę. Mijał po drodze trzy pary drzwi. Po swojej prawej stronie jedną parę, a po lewej otworzone drzwi do gabinetu, w którym Laurent siedział. Kiedy wszedł do tej jadalni połączonej z salonem przekonać się mógł, że łączyły się one również z kuchnią po jego prawej. Kuchnia oddzielona była wyspą wygiętą w literę "L" od reszty tego dużego pokoju. I tutaj były wielkie, przeszklone okna z widokiem na morze i przejście na taras. To właśnie z tego tarasu było też zejście do ogrodu, a z ogrodu - prosto już na plażę między wydmami. Za kuchnią było przejście, dużej, okryte zasłonami, do sypialni - a w niej równie wielkie okna.
Skonfundowany Laurent podniósł się i trochę niemrawo, bez zrozumienia, powędrował za swoim gościem, samemu oglądając wnętrze swojego domu, jakby naprawdę miał się czego bać. Ale oprócz ich dwójki nikogo tu nie było. Nawet jego skrzata. Zatrzymał się dopiero, kiedy usłyszał to dobry wieczór. A po krzyku wręcz skulił w pierwszym momencie. I to wystarczyło, żeby jarczuk znów zaszczekał i wyrwał do przodu, prawie skacząc na Astarotha. Prawie. Zatrzymał się jednak między nimi, oddzielając wampira od Laurenta.
- Cii, Duma... Duma! Spokój! Siad! - Nie miał na to siły. Nie chciał się szarpać z przewrażliwionym (słusznie) jarczukiem, który od ostatniego napadu na New Forest był jeszcze bardziej niespokojny. Złapał stworzenie za kark (bo nie, nie posiadał on obroży) i pociągnął do siebie, żeby ten czasem jednak nie stwierdził, że najlepszym sposobem na zażegnanie zagrożenia (w jego mniemaniu) jest jego pozbycie się. - Przestań, Astarotcie... proszę... przes... ugh... - Przymknął na chwilę oczy. Miał ochotę krzyczeć. Z całych sił.
Ponieważ tego nie potrafił - usiadł na tej podłodze, opierając się bez sił na psie.
- Mój dom. - Dom utrzymany w jasnych kolorach, z drobnymi, osobistymi ozdobami, subtelnymi, pięknymi. W każdym kącie były kwiaty - wszystko wyglądało jakby było domem kobiety, zdecydowanie nie mężczyzny. - Dotarłeś do mojego domu, Astarothcie. - Podniósł się ociężale z tej ziemi. - Przygotować ci coś do picia? - Zapytał zamiast odpowiadać na te wszystkie zarzuty i pytania, jakie tutaj padły. Poprowadził Dumę do jego legowiska przy drzwiach do sypialni, żeby wymusić tam na nim położenie się.