13.07.2024, 17:31 ✶
– Być może masz rację, ale wolę wierzyć w tę wersję, w której miał trochę zdrowego rozsądku i pozostali założyciele mieli powody, żeby go lubić – powiedziała Brenna, która nie miała w końcu pojęcia, że w podziemiach zamku śpi bazyliszek, czekający aż dziedzic jego pana pojawi się, by podjąć misję oczyszczenia szkoły z mugolaków. To było nie tylko okrutne, ale i głupie. Nie miało doprowadzić do selekcji uczniów, a zamknięcia Hogwartu lub w najlepszym wypadku jego przeniesienia do miejsca, które nie będzie nawet w połowie tak magiczne.
– Najlepiej jak potrafimy – przytaknęła, wciąż z uśmiechem, zerkając na niego z ukosa. Zmarszczyła lekko brwi, bo na pewno nie pamiętał go z Hogwartu, wyglądał zresztą, jakby ledwo co szkołę skończył, mogłaby przysiąc, że nie pojawił się też na żadnej czystokrwistej fecie, na jakiej była ostatnio, ale właściwie wyglądał jakoś tak odrobinę znajomo. – Albo miałeś cholernego pecha, skoro w ogóle postanowili cię zaczepić, zależy, z której strony na to spojrzeć.
Gdyby miał szczęście, w ogóle nie potrzeba by żadnej interwencji. Może przyciągnął ich uwagę, bo był po prostu młody, uznali więc, że nie będzie niebezpieczny, a chcieli się na kimś wyżyć?
– Wracam z pracy. Większością czystokrwistych fanatyków zajmują się jednak aurorzy, moja robota to raczej… tacy jak ci tam.
Przynajmniej oficjalnie. Było w tym coś ironicznego: Brenna nie chciała pchać się w łowienie tych, którzy używali czarnej magii, pełna obaw, czy ta ścieżka nie sprowadzi ją na manowce, czy nie posunie się za daleko, gdy natknie się na naprawdę paskudne zbrodnie. Nie bała się ich, a tego, co sama mogłaby zrobić. Tymczasem teraz rzuciła się w to na łeb na szyję, a i w pracy granice jakby się zacierały…
– Brenna. Nie przeszkodzi, jestem już po godzinach i co miałam załatwić zdążyłam załatwić – uspokoiła go, dziarskim krokiem ruszając we wskazanym przez niego kierunku. Ulica o tej porze może nie była absolutnie pusta, ale przechodniów było niewielu, sklepy pozamykano już dawno, światła w oknach na piętrach powygasały. – Nie wiem, obawiam się, mogłabym tylko zgadywać, że wybrał ten moment, bo szykował się od dawna, gromadził zasoby, ludzi, i tak dalej, i uznał, że w tej chwili jest dostatecznie silny, żeby Ministerstwo nie aresztowało go w ciągu pięciu sekund. Ale równie dobrze mogło chodzić o to, że jest romantykiem i akurat osiemnastego listopada spotkał miłość swojego życia, ma urodziny albo nastąpiła wyjątkowo korzystna według astronomów koniunkcja planet.
Ale ta wojna tak naprawdę nie zaczęła się teraz. Już w poprzednich miesiącach wyczuwało się pewne napięcie i widziało… oznaki, świadczące o tym, że coś gotuje się w tym czarodziejskim kotle.
– Najlepiej jak potrafimy – przytaknęła, wciąż z uśmiechem, zerkając na niego z ukosa. Zmarszczyła lekko brwi, bo na pewno nie pamiętał go z Hogwartu, wyglądał zresztą, jakby ledwo co szkołę skończył, mogłaby przysiąc, że nie pojawił się też na żadnej czystokrwistej fecie, na jakiej była ostatnio, ale właściwie wyglądał jakoś tak odrobinę znajomo. – Albo miałeś cholernego pecha, skoro w ogóle postanowili cię zaczepić, zależy, z której strony na to spojrzeć.
Gdyby miał szczęście, w ogóle nie potrzeba by żadnej interwencji. Może przyciągnął ich uwagę, bo był po prostu młody, uznali więc, że nie będzie niebezpieczny, a chcieli się na kimś wyżyć?
– Wracam z pracy. Większością czystokrwistych fanatyków zajmują się jednak aurorzy, moja robota to raczej… tacy jak ci tam.
Przynajmniej oficjalnie. Było w tym coś ironicznego: Brenna nie chciała pchać się w łowienie tych, którzy używali czarnej magii, pełna obaw, czy ta ścieżka nie sprowadzi ją na manowce, czy nie posunie się za daleko, gdy natknie się na naprawdę paskudne zbrodnie. Nie bała się ich, a tego, co sama mogłaby zrobić. Tymczasem teraz rzuciła się w to na łeb na szyję, a i w pracy granice jakby się zacierały…
– Brenna. Nie przeszkodzi, jestem już po godzinach i co miałam załatwić zdążyłam załatwić – uspokoiła go, dziarskim krokiem ruszając we wskazanym przez niego kierunku. Ulica o tej porze może nie była absolutnie pusta, ale przechodniów było niewielu, sklepy pozamykano już dawno, światła w oknach na piętrach powygasały. – Nie wiem, obawiam się, mogłabym tylko zgadywać, że wybrał ten moment, bo szykował się od dawna, gromadził zasoby, ludzi, i tak dalej, i uznał, że w tej chwili jest dostatecznie silny, żeby Ministerstwo nie aresztowało go w ciągu pięciu sekund. Ale równie dobrze mogło chodzić o to, że jest romantykiem i akurat osiemnastego listopada spotkał miłość swojego życia, ma urodziny albo nastąpiła wyjątkowo korzystna według astronomów koniunkcja planet.
Ale ta wojna tak naprawdę nie zaczęła się teraz. Już w poprzednich miesiącach wyczuwało się pewne napięcie i widziało… oznaki, świadczące o tym, że coś gotuje się w tym czarodziejskim kotle.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.