Siła była pozorem. W tym wypadku ogromnym pozorem. To nie siła mięśni sprawiała, że Duma siedział w miejscu, a wyuczenie i więź ze swoim panem. To nie ramiona Dumy tka do końca trzymały go w miejscu, a jego wyszkolenie. Nie atakować bez powodu - to była pierwsza lekcja, której czarny basior z pestką na łbie musiał zostać nauczony. Nawet wampir miałby problem z bestią, po której rany się nie goiły i w wielu wypadkach byle ugryzienie mogło spowodować śmierć. Zwykły pies potrafił zagryźć czarodzieja, rzucając się do jego gardła - a to nie był zwykły pies. Zwykłe psy zresztą nie osiągały tych rozmiarów. Laurent za to rzeczywiście się pocił i wkładał w tę próbę usadzenia Dumy całą siłę, jaką miał - tej zaś dużo nie było. Wszystko, co mógł dać, nie pochodziło w tym wypadku z jego ciała, z jego mięśni. Wszystko, co chciał dawać. Wszystko, co chciał brać... ale przecież Laurent, niemal jak smok z legend, był bardzo pazernym stworzeniem.
- Nie, nie jest. - Sapnął, próbując wymusić na Dumie, żeby szedł i przestał burczeć i obracać się w kierunku istoty, która stawiała mu włoski na karku. Duma był wytresowany do pracy z różnymi... istotami. Różnymi ludzkimi istotami również. Magiczne stworzenia potrafiły wyczuwać swąd czarnej magii, kiedy człowiek był na nią ślepy, ale w przypadku Astarotha... czy mógł w zasadzie mówić, że było inaczej? Może miał do czynienia ze Śmierciożercą i zupełnie niepotrzebnie uspakajał właśnie psa? - To jarczuk. - Czy Astaroth wiedział, co to w ogóle jarczuk? Zdziwiłby się, gdyby chociaż o nim nie słyszał, chociaż... biorąc pod uwagę, że w Anglii ich nie było to nie byłoby AŻ TAK dziwne. No, prawie nie było. Usadził Dumę przy legowisku i kucał przy nim przez moment, uspakajająco głaszcząc go po łbie, zanim wstał i się wyprostował.
Jedyna impreza, jaka tego wieczoru mogła zastać tutaj Astarotha to ta wyprowadzkowa. To ta, w której Laurent rezygnował z nocowania w tym miejscu właśnie przez to - było zbyt odsłonięte, zbyt samotne, zbyt... wystawione na wszystko. Na jakiekolwiek działanie wroga, na atak. Wszystko utkwione było w spokoju, w którym Astaroth, napięty i poddenerwowany, pojawił się jak burza - sztorm na morzu, którego nikt nie przewidział. Mimo, że padło niewiele słów, że to był tylko moment, Laurent i tak miał wrażenie, że wypłukał go z resztek energii do cna. Wymiętoszył go tą intensywnością. Albo intensywnością tego, że chciał się z nim pokłócić, chciał pokrzyczeć, ale jak zwykle - to się po prostu nie udawało. Na to też brakowało sił. Astaroth chyba postanowił go obudzić z marazmu i zafundować mu przejażdżkę na grzbiecie abraksana tylko z poziomu ziemi. Stał niby na równi, a miał wrażenie, że wiruje na emocjonalnej ślizgawce razem z tym mężczyzną. Zbliżenie... tak. Tamta chwila nosiła na sobie ślady intymności, które zostawiały ślady i na nich. I najwyraźniej w zupełności wystarczyła, żeby Astaroth się przejął. BARDZO przejął. Laurent przez moment wpatrywał się w niego bez żadnego wyrazu na twarzy. Spiął się. Przyszedł, jak tylko przeczytał artykuł. Spiął się. Zdenerwował. Próbował rozładować atmosferę - ewidentnie też próbował rozładować swoje emocje. Tylko chyba nie wiedział jak. W normalnej sytuacji może zaprosiłby go do łóżka, bo lepszego sposobu na rozładowanie napięcia nie znał, ale chyba w tym wypadku nie miało to prawa bytu. Może więc nie chciał na niego tak patrzeć, ale swoimi gestami spisywał tę prawdę wcale nie ukrytą. Mógł jeszcze kłamać. Mógł, jasne. Kłamał..?
Blondyn odetchnął.
- Nic się nie stało, Astarothcie. To bardzo miłe z twojej strony, że się o mnie troszczysz. Nie spodziewałem się, prawdę mówiąc, ale... to wręcz rycersko romantyczne. - Przy ostatniej myśli nawet na krótko szczery uśmiech zawitał na jego twarzy - subtelny, anielski, będący delikatnością łabędziego pióra przesuwanego po skórze. - ... nie, nie przerwałeś mi porządków. - Odparł trochę ostrożnie, bo zawahał się przy tej śmiałej propozycji, która się pojawiła. Kolejna osoba, która chciała go pilnować - jego domu... a może Astaroth był po prostu jedną z tych osób, które chciały, żeby ich życiu został nadany nowy sens? Nowe możliwości? Siedząc w domu do tej pory, by nikt się nie zorientował... ale musieli się już orientować, że coś jest nie tak? Chyba że od zawsze był samotnikiem. Jakoś nie sprawiał mu takiego wrażenia. Kolejnym pytaniem wyrwał go z rytmu. - Och... - Lekki rumieniec pojawił się na jego twarzy, obrócił głowę, odwrócił wzrok od Astarotha. Nie sądził, że słyszał, ale z drugiej strony jak miał nie słyszeć? Drzwi wejściowe były po tej samej stronie co okno jego gabinetu. - Każdy ma swoje problemy, szczególnie w Czasach Mroku, który nam nastał. - Przeszedł do kuchni. Całkowicie niechlujny jak na siebie. Z nieco pomiętą koszulą, z nieułożonymi włosami. - Miałem pozbierać papiery. Nie nocuję chwilowo tutaj... ze względów bezpieczeństwa, o których sam wspomniałeś. Bo w końcu to... dumne bubki. - Co to w ogóle za określenie? Nie wiedział, ale uśmiechnął się znów powtarzając je po nim. - Ty w sumie nie..? Nie potrzebujesz? Nie masz ochoty? Nie czujesz smaku? - Dopytał, wstawiając ruchem różdżki wodę do gotowania i rozpalając kuchenkę. Obrócił się przodem do wampira.