13.07.2024, 22:29 ✶
Pokiwałem głową na tego jarczuka, ale szczerze powiedziawszy, to nie miałem zielonego pojęcia, w którym kościele mi dzwoniło. Wiedziałem, że coś takiego istniało, ale to chyba nie w Anglii, skoro zanadto nie zawracałem sobie nim głowy, więc tylko spojrzałem niepewnie na tego psa i dla pewności zamierzałem się trzymać od niego z daleka, a gdyby znowu zaczął groźnie ujadać, to zwiać teleportacją...? Ta jego aura nie mówiła mi za wiele, ale ostrzegała o jego obecności, więc trzeba się było mieć na baczności. Ja go czułem, on czuł mnie, nie zbliżaliśmy się do siebie, oboje chcieliśmy chronić Laurenta, więc byliśmy zapewne kwita. Zapewne do czasu, kiedy znowu mnie coś nie pojebie i nie zacznę gryźć jego gospodarza... Ale wtedy to sobie zasłużę na jedno czy dwa ugryzienia. Może nawet lepiej, że coś go strzegło.
Przeszedłem za Laurentem do części z kuchnią. Przysiadłem sobie na pierwszej lepszej powierzchni do siedzenia i przypatrywałem się jego ruchom. Wyglądał w tej chwili... jak ja, hah. Zastałem go w nieładzie, w domowych warunkach, gdzie mógł być prawdziwym sobą, więc skończyło się ąę, wyprasowane przez skrzatkę koszule (i kto wie co jeszcze? Może nawet gacie!), a także te perfekcyjnie przylizane włosy. Laurent w swoim naturalnym środowisku... Choć może to morze było jego naturalnym środowiskiem i to jeszcze nie było jego prawdziwe oblicze? Może to prawdziwie widziałem wtedy na plaży?
- To może powinienem był przyjechać na koniu... - zauważyłem, marszcząc się nieco, ale zaraz się rozpogodziłem, nawet uśmiechnąłem głupkowato, bo rzecz jasna sobie żartowałem. Obstawiałem, że tak samo Laurent śmiał się ze mnie i mojej głupoty, że niby ja i rycersko romantyczny...? Raczej przeraźliwie nietaktowny.
- Przyznam, że również się nie spodziewałem - podjąłem po chwili, widząc jawne zawstydzenie u Laurenta. Ta jesień, co to ją widziałem, ta pieśń, którą urywkiem słyszałem, zapewne była dla niego czymś intymnym, prywatnym, jak dla mnie ujrzenie słońca w mroku. To byliśmy kwita? - Wylądowałem w jakimś ciemnym lesie, tak poważnie niepewnie, bo średnio znam okolicę, właściwie to prawie wcale, i jak tu szedłem, to sobie zadałem pytanie, co ja kurwa tu robię, ale... byłem to przyszedłem się upewnić, że wszystko ok. Tyle we mnie z rycerskości! Nie ma przed czym ratować księżniczki i księżniczka świetnie sobie radzi sama - zauważyłem dla rozładowania nieco tej atmosfery... w sercu Laurenta. Mi jakoś przeszło to, że mi głupio, że niepewnie. Właściwie, to się rozgadałem, czego dawno... naprawdę dawno nie grali, więc była to miła odmiana dla mojego nieżycia.
- Nie potrzebuję i nie czuję smaku, ale mogę mieć ochotę, jeśli ci to sprawi przyjemność. Kilka razy piłem mocny alkohol z Geraldine, chociaż za każdym razem nic mnie nie ruszało. Nawet kolekcja bimbru mojego ojca, ale zakradliśmy się tam nieoficjalnie - przyznałem, wzruszając ramionami. Przejechałem dłonią po czystym, gładkim blacie wyspy, U Geraldine często był syf, bo za dużo ludzi się tam kręciło. I były dwa psy zamiast jednego. Również za mną nie przepadały, chociaż w pewnym momencie zaczęły mnie już traktować jak powietrze.
Wyprostowałem się dumnie i spojrzałem na kuchenkę. Na ten gorący płomień.
- Czy ty jesteś jedną z tych osób, co mają całą kolekcję różnosmakowych herbat i naparów... czy tradycjonalistą z jedyną prawilną herbatą angielską? Kiedyś żartowałem sobie z kumplem, że ludzi można spokojnie zaklasyfikować w te dwie kategorieee... A, jeszcze bywają kawiarze! Szczególnie zauważalne jest to w Stanach - zagadnąłem. Ktoś z boku mógłby swobodnie stwierdzić, że ten książę-arystokrata zerwał się z bardzo złożonej i niepoważnej bajki, gdzie wiele od niego wymagano, sam żył raczej jako lekkoduch, a po śmierci... nieco zgorzkniał, ale wciąż miał w sobie tę słodką nutę, może nadzienie w środku o smaku malinowym, które nakazywało mu rozbawić swojego towarzysza... herbatami? Zapewne przeróżnymi bzdurami.
Przeszedłem za Laurentem do części z kuchnią. Przysiadłem sobie na pierwszej lepszej powierzchni do siedzenia i przypatrywałem się jego ruchom. Wyglądał w tej chwili... jak ja, hah. Zastałem go w nieładzie, w domowych warunkach, gdzie mógł być prawdziwym sobą, więc skończyło się ąę, wyprasowane przez skrzatkę koszule (i kto wie co jeszcze? Może nawet gacie!), a także te perfekcyjnie przylizane włosy. Laurent w swoim naturalnym środowisku... Choć może to morze było jego naturalnym środowiskiem i to jeszcze nie było jego prawdziwe oblicze? Może to prawdziwie widziałem wtedy na plaży?
- To może powinienem był przyjechać na koniu... - zauważyłem, marszcząc się nieco, ale zaraz się rozpogodziłem, nawet uśmiechnąłem głupkowato, bo rzecz jasna sobie żartowałem. Obstawiałem, że tak samo Laurent śmiał się ze mnie i mojej głupoty, że niby ja i rycersko romantyczny...? Raczej przeraźliwie nietaktowny.
- Przyznam, że również się nie spodziewałem - podjąłem po chwili, widząc jawne zawstydzenie u Laurenta. Ta jesień, co to ją widziałem, ta pieśń, którą urywkiem słyszałem, zapewne była dla niego czymś intymnym, prywatnym, jak dla mnie ujrzenie słońca w mroku. To byliśmy kwita? - Wylądowałem w jakimś ciemnym lesie, tak poważnie niepewnie, bo średnio znam okolicę, właściwie to prawie wcale, i jak tu szedłem, to sobie zadałem pytanie, co ja kurwa tu robię, ale... byłem to przyszedłem się upewnić, że wszystko ok. Tyle we mnie z rycerskości! Nie ma przed czym ratować księżniczki i księżniczka świetnie sobie radzi sama - zauważyłem dla rozładowania nieco tej atmosfery... w sercu Laurenta. Mi jakoś przeszło to, że mi głupio, że niepewnie. Właściwie, to się rozgadałem, czego dawno... naprawdę dawno nie grali, więc była to miła odmiana dla mojego nieżycia.
- Nie potrzebuję i nie czuję smaku, ale mogę mieć ochotę, jeśli ci to sprawi przyjemność. Kilka razy piłem mocny alkohol z Geraldine, chociaż za każdym razem nic mnie nie ruszało. Nawet kolekcja bimbru mojego ojca, ale zakradliśmy się tam nieoficjalnie - przyznałem, wzruszając ramionami. Przejechałem dłonią po czystym, gładkim blacie wyspy, U Geraldine często był syf, bo za dużo ludzi się tam kręciło. I były dwa psy zamiast jednego. Również za mną nie przepadały, chociaż w pewnym momencie zaczęły mnie już traktować jak powietrze.
Wyprostowałem się dumnie i spojrzałem na kuchenkę. Na ten gorący płomień.
- Czy ty jesteś jedną z tych osób, co mają całą kolekcję różnosmakowych herbat i naparów... czy tradycjonalistą z jedyną prawilną herbatą angielską? Kiedyś żartowałem sobie z kumplem, że ludzi można spokojnie zaklasyfikować w te dwie kategorieee... A, jeszcze bywają kawiarze! Szczególnie zauważalne jest to w Stanach - zagadnąłem. Ktoś z boku mógłby swobodnie stwierdzić, że ten książę-arystokrata zerwał się z bardzo złożonej i niepoważnej bajki, gdzie wiele od niego wymagano, sam żył raczej jako lekkoduch, a po śmierci... nieco zgorzkniał, ale wciąż miał w sobie tę słodką nutę, może nadzienie w środku o smaku malinowym, które nakazywało mu rozbawić swojego towarzysza... herbatami? Zapewne przeróżnymi bzdurami.