Z początku też się wstydziła tych uczuć, też się ich bała i odsuwała je od siebie, no bo hej – ona? Analizująca wszystko, kalkulująca kobieta, która nigdy nie czuła wielkich zrywów serca miałaby się… zadurzyć w kimś tak mocno odstającym od jej jakichś tam wyobrażeń, które nabudowała w sobie przez lata, a na domiar wszystkiego, został jej wybrany przez rodzinę? Nie chciała do siebie dopuścić myśli, że to zauroczenie w ogóle istnieje, ani może być dużo silniejszym uczuciem. A potem trafiła do Limbo i dość dosłownie otarła się o śmierć i pozwoliła spojrzeć sobie na wiele spraw inaczej. Co, gdyby każdy następny dzień jej życia był tym ostatnim? Co jeśli… I tym sposobem wstyd i strach zostały gdzieś zepchnięte, zniknęły, zastąpione akceptacją takiego stanu rzeczy i próbą zrozumienia, jak to się w ogóle wydarzyło? Przestała się bać, przestała wstydzić, spojrzała prawdzie w oczy. I nie uważała, że to coś złego, że coś jej to odbiera, albo umniejsza, choć fakt, że nie było to uczucie odwzajemnione, kuł ją mocno, no bo… wzbraniała się całe życie, żeby ostatecznie pozwolić sobie na to nieśmiałe uczucie, by okazało się, że było ono niechciane i zostało to ściśnięte i odrzucone, a to nijak nie poprawiało samooceny czy pewności siebie. To bolało, tak jak patrzenie na to, jak ta ukochana osoba próbuje wymazać swoje istnienie z tego życia. Ale dlatego też starała się jakoś ścisnąć te swoje uczucia, może nie tyle je zdusić i z siebie wyrzucić, bo doskonale wiedziała, że nie ma się wpływu na wiele spraw związanych z uczuciami, zwłaszcza tak delikatnymi, ale zdawała się być znacznie ostrożniejsza; myślała sobie, że może z czasem to przestanie tak boleć, że jej przejdzie, jak nie będą nijak podsycane, bo wcale nie chciała sobie robić głupiej nadziei – choć gdyby była mądrzejsza, gdyby oboje byli, to w takim wypadku zerwaliby tę znajomość, a nie przychodzili razem na wesele. Ale byli tu razem, i siedzieli obok siebie z własnej i nieprzymuszonej woli, tak jak z własnej i nieprzymuszonej woli wdali się przy stole w ten lekki flirt.
Teraz zaś, gdy Sauriel zamilkł i spuścił głowę, nerwowo wplótł palce we włosy i zaczęła drgać noga, Victoria nie do końca była pewna, co ma zrobić, ani co się dzieje. To przez to, że w ogóle mu powiedziała o tym, że kończy pracę nad eliksirem? Dla niego – bo dla kogo innego, to dla niego zaczęła nad tym myśleć i pracować. Mogłaby mu powiedzieć, że on też jest jej inspiracją. Nie wiedziała jednak, co się dzieje – coś się stało, to było pewne, ale… ach, nie chciała go z tego wyrywać w żadnym razie gwałtownie, pytać ku własnej uciesze co się dzieje, żeby jej mówił. Jak będzie chciał… to sam jej powie, tak? Sam podzieli się swoimi myślami. Mogła tylko siedzieć obok niego, trwać w ciszy, niezrozumieniu i cierpliwości. To ta tęsknota za słońcem tak na niego wpłynęła? Poczucie, że tak wiele mu odebrano i jest szansa, by choć mały ułamek zwrócić? Nie chciała mu przerywać, zabierać tej cennej chwili… refleksji, czy czegokolwiek, nie miała prawa wtargnąć w jego zamyślenie, dlatego gdzieś pod koniec jego dziwnego milczenia, leciutko położyła dłoń na jego plecach, by delikatnie, jakby jej dłoń to były motyle, albo ćmie skrzydełka, przejechać po materiale jego koszuli. Tak, była obok, tak, pomimo wszystkiego, starała się. Starała się tym bardziej dlatego, że widziała, że dla niego to ogromny wysiłek i że potrzebował pomocy – przecież wołał o nią tego, jak sam to nazywał, żałosnego dnia. Dla niej nie było to żałosne. Dla niej było to po prostu rozdzierające serce.
I chyba dlatego tak ją zaskoczyło, kiedy nagle się wyprostował i uśmiechnął tak… tak inaczej niż zwykle. Tak ciepło, że nie mogła nie odwzajemnić tego uśmiechu – i też się do niego uśmiechnęła. Nie, nie był sam. I poczuła też, że zrobiło jej się ciepło na sercu od tego uśmiechu.
– Dziękuję – w tym wypadku nazwanie jej „Victorią” nie zabrzmiało wcale źle, ani nie sprawiło, żeby zaczęła się zastanawiać, co tym razem przeskrobała. Saurielowi było chyba trochę lepiej, może też odrobinę wytrzeźwiał? Sama też wstała i przyjęła jego ramię, dając się prowadzić na powrót do środka. Nie, zdecydowanie nie zapomniał o manierach i było mu z nimi dziwnie do twarzy. – Tak, o czymś w tym stylu myślałam. Za kilka dni powinien być gotowy… To przyjdź jak będziesz mieć czas w dzień. Zobaczymy co z tego wyszło – za kilka dni nie dlatego, że tyle czasu się go warzyło, a dlatego, że zużyła trochę zapasów na próbne wersje, z których nie była zadowolona, bo ciągle coś udoskonalała, i czekała na dostawę jednego ze składników.