Jeśli celem Astarotha było zarażenie Laurenta lekkością to bardzo sumiennie brnął do celu. Zaczynał się skupiać na nim i tylko na nim - jego charakterze, jego gestach, jego spojrzeniach i wszystkim, co tworzył dookoła tego. Artysta, który obrał sobie cel, a płótno porzucił - postanowił pomalować rzeczywistość. Och, mógłby zostać jego płótnem. Być jego sztalugą, po której przeciągałby palcami, tworząc sztukę i symfonię dźwięków. Ale... mógł też być po prostu gospodarzem, który przywitał zupełnie nieoczekiwanego, ale jak się okazywało - bardzo miłego gościa. Ta swoboda jego zachowania i swoboda słów, jakie płynęły przez jego usta - czy był szczery w tym wszystkim? Przyniósł kawałek swojego własnego słońca, żeby się z nim podzielić? Z nim - Laurentem? Osobą praktycznie obcą? Bywali ludzie, którzy nie mieli wielu znajomości, ale czy to naprawdę tyczyło się Astarotha? Nie potrafił doszukać się w tym wyemancypowanego kłamstwa, gdy z oczu patrzyło mu tak dobrze, a jego uśmiechy były w tym wszystkim takie... miłe.
- To bardzo przekonujący argument. - Zgodził się miękko myśląc o tym, że może i nie mógł czuć smaku tej herbaty, ale mógł czuć jej zapach. Chyba. Albo na pewno? Wyłączenie jeszcze jednego zmysłu z gry byłoby już naprawdę bardzo tragiczne. Obrócił się i wyciągnął koszyk z różnymi herbatami, żeby postawić go przed Astarothem. Podskoczył, kiedy rozległo się plaśnięcie dłoni w blat i Duma się znów uaktywnił - szczeknął. Ale tylko raz. Już miał wyrwać ze swojego legowiska, ale tylko wysunął się z niego przednimi łapami. Lekkie zmieszanie (spowodowane własną reakcją) połączyło się z rozbawieniem na jego facjacie, kiedy przysunął do niego koszyczek. - A to bardzo płomienne zapewnienie. - Zaśmiał się cicho. Oj tak, zdecydowanie siedział przed nim zupełnie inny człowiek do tego, którego poznał nad morzem. Inny do tego, którego spotkał tamtego dnia w domu Geraldine. I jednocześnie - ten sam. Człowiek, który przypadkiem, zrządzeniem losu, czy z jakiegokolwiek innego powodu postanowił się przed nim otworzyć. - Mam sporo rzeczy w domu, których niekoniecznie używam, czy jem, ale czekają specjalnie na gości. Herbaty do nich nie należą. - To jest - oczywiście też były do wyboru dla gości, ale akurat nimi się Laurent raczył przy różnych okazjach i różnych okolicznościach.
Sam niedowierzał, że ma przed sobą Astarotha, który żartuje ze swojej przemiany. Z... tej tragedii. Nie był to negatyw - bardzo dobrze! Och, jak dobrze, że potrafił się z tego uśmiechnąć, a nie zamieniało to jego oczu w ciężkie chmury łez. Tym nie mniej dysonans był... spory. Nie potrafił się NIE uśmiechnąć razem z nim i nie potrafił pomyśleć, że go podziwia. To było małe uczucie, ledwo maźnięcie pędzla na dużej bieli, ale się pojawiło. A Laurent nie potrafił mu nie współczuć, nawet jeśli się starał, żeby to z niego nie wypływało.
- Spokojnie, złapałbym cię w ramiona, gdybyś spadał. - Teraz już naprawdę zachichotał, nie potrafiąc się pozbyć wizji w głowy takiego obrotu spraw - całkowicie zabawnego, komediowego, bo przecież to było zupełnie absurdalne - obaj by się pewnie połamali, ale przecież Laurent by nie potrafił nie pomóc... wampirowi (!) w potrzebie! Słodki. Astaroth Yaxley okazał się być słodkim człowiekiem, o co chyba by go nie podejrzewał. I niezwykle uczuciowym, czego też nie podejrzewał. Nie chodziło o to, że oskarżał go o wyzucie z emocji, ale między delikatnością i taktownością do braku empatii była daleka droga, tymczasem Yaxley ewidentnie bardzo się starał zadbać o twój własny komfort. To jak plecenie kokonu, w którym możesz się swobodnie ułożyć do snu. Był tylko jeden problem tej słodyczy - Laurent za szybko się w niej rozpuszczał. Za bardzo go pobudzała. Za bardzo poruszała, a te filuterne spojrzenie wcale niczego nie ułatwiało. Potrzebujesz pomocy... Tak, potrzebował. Najlepiej takiej, która pozwoli mu ułożyć własne życie i posprzątać je z tego burdelu, jakim się stało. Bardzo dobra metafora - zagrabić jesienne liście. Spoglądał na wampira z rozchylonymi wargami, chłonąc zmysłowość chwili. Skupiając się na tym, żeby nie przyjrzeć się jego wargom i nie zastanawiać, jak smakują. Ciało go zdradzało. Ono zawsze go zdradzało. Odetchnął cicho, wyrywając się z tego lepkiego snu na jawie.
- Przeprowadzka to bardzo duże słowo, ledwo na parę nocy wyjeżdżam do Londynu. - Do bezpiecznego domostwa, gdzie nikt mnie nie dosięgnie. Tylko co w zasadzie miał mu odpowiedzieć? Co CHCIAŁ mu odpowiedzieć? - Ja... jestem bardzo poruszony twoją dobrocią. - Uśmiechnął się bardzo łagodnie, delikatnie. - Już mi bardzo pomagasz. - Co było właśnie urocze. - Moje życie od jakiegoś czasu to... naprawdę niezły bałagan. - Uśmiechnął się nieco smutno.