Gerry syknęła z bólu, kiedy trytonka wbiła w nią swoje paznokcie. Była zła, że nie udało jej się uniknąć tego ataku, mimo wszystko miała dużo szczęścia, bo jej sztylet wreszcie dosięgnął łba stworzenia. Oczywiście nie udało jej się to, gdyby nie pomoc jej towarzyszy, którzy ułatwili jej unieruchomienie Adrii.
Woda zaczęła się zabarwiać na czerwono, wiedziała, że jet to również jej krew. Będzie musiała odezwać się do Florence, jak stąd wyjdzie, to była jej pierwsza myśl, bo oczywiście nie zamierzała iść do Munga, łowczyni potworów bała się szpitali.
Przeniosła spojrzenie na brata, i kiwnęła mu głową, żeby się stąd oddalił. Wiedziała, jak działa na niego krew, brakowało jej teraz tylko tego, żeby on ją dziabnął.
Yaxley zamierzała odpuścić, było tu więcej osób, w szczególności Victoria, która przecież pracowała dla ministerstwa. Na pewno wiedziała, jak wyglądają procedury w podobnych sytuacjach.
Gerry nie zamierzała jednak zostawić Adrii, to było jej trofeum, chciała zabrać ją ze sobą powierzchnię, i zrobić popielniczkę z jej uroczej buźki. Trzymała więc w dłoni jej ciało, nie miała pojęcia, jak je stąd wyciągnie, ale na pewno nie pozwoli na to, żeby zostało ono pod wodą, za dużo ją kosztowało zabicie tej baby ryby.
- Ten, to chyba już koniec, czy wszyscy żyją? - Cóż, mówienie przez bańkę pełną powietrza nie było najprostsze, nie miała pojęcia, czy ktokolwiek ją usłyszy. Rozejrzała się po pomieszczeniu, żeby sprawdzić jak wygląda sytuacja, bo wcześniej nie miała takiej możliwości z racji na to, że była dosyć mocno zajęta tą całą Adrią.
Nie będzie mogła zabrać się stąd z Astarothem, najprawdopodobniej utknie tutaj na najbliższe kilka godzin, póki nie zajdzie słońce. Na całe szczęście nic mu się nie stało, nie musiała się więc o niego martwić.
Gerry była zmęczona, okropnie, naprawdę chciała się stąd zwinąć jak najszybciej, spojrzała jeszcze na Esme i przyglądała mu się dłużej, żeby sprawdzić, czy chce tu zostać, czy wypłynąć z nią na powierzchnię.