Jeśli nie mogłeś komuś pomóc to starałeś się nie przeszkadzać. Laurent też się starał. Walcząc z omamami, które atakowały jego głowę i mają nadzieję, że ta krew, mięso i drobinki wnętrzności, jakie unosiły się w powietrzu to jedna ze zmar, która będzie nawiedzać we śnie, ale nie mają pokrycia z rzeczywistością. Człowiek był stworzony do kłamstwa - uczono nas tego, że fałsz broni cię przed krzywdą i pozwala przed nią bronić innych. Czerwone smugi zamieniały się we wstęgi, rozmywały i szukały swoich splotów. Głowy poruszały ustami, chociaż Laurent nie rozumiał, co mówiły - nie musiał. To na pewno były oskarżenia. Nienawiść i gniew były tutaj paliwem i dawały przyzwolenia do robienia rzeczy zwyczajnie złych i okrutnych. A przecież Adria nie powiedziałaby, że to było coś złego. Pojęcie większego dobra - Geraldine i Victoria zabiły Adrię, ponieważ chciała zabić innych. Czy ktoś tutaj był zły bardziej? Czy moralność mieliśmy teraz kolorować ramami piękna i uroczości? To nie było bohaterskie. Nie było tutaj żadnej bohaterskości. Była tylko przemoc, którą na końcu nazwiemy konieczną. Niektórym będzie z tym wszystko jedno - to przecież tylko praca. To tylko kolejny trup istoty magicznej na koncie. Nic wielkiego, nie było się czym przejmować, dopóki straty nie były liczone po swojej stronie.
Rzeczy skończyły się dziać i zaczęły dziać jednocześnie. Geraldine i Perseus potrzebowali pomocy. Geraldine szczególnie. Za Perseusa odpowiadał sam - i powinien popłynąć do niego, przeprosić go, podziękować. Miał w głowie to wszystko. Odmienił się i złapał śnieżną, foczą skórę na swoich ramionach, próbując skupić swoje spojrzenie. Nadać priorytet koniecznym rzeczom, jakie powinny się tutaj wydarzyć. Skoro jedne się zakończyły, drugie dopiero miały rozpocząć, powinien zachować w tym rozsądek. Tak, rozsądek. Rozsądnie zignorować emocjonalne i moralne rozterki. Rozsądnie ignorować pływające bez życia ciała. Odwrócił twarz, bo chciało mu się rzygać od tych widoków. I kiedy ją obrócił, jego oczy padły na Perseusa. Przez moment go obserwował. Migającego w tęczowych kolorach, między czarnymi piórami, które blakły i rozpadały się w oczach. Och, nie pierwszy raz spotykał się z takimi omamami, znał je aż za dobrze - narkotyczne sny, które przenoszą cię do innej rzeczywistości. Czasami wcale nie lepszej. Czasami w miejsce, gdzie tylko demony cię gonią i pragną zrobić krzywdę. Przesunął różdżką trzymaną w drugiej ręce, żeby ściągnąć z siebie resztę tej dziwnej substancji z kotła i wyczarował znów na moment bańkę wokół swojej głowy.
- Proszę, zajmij się swoją raną. I Geraldine. - Chodziło o to, żeby stąd odpłynąć i zająć się sobą. Bo przecież to był już koniec. - Esme, Astaroth... wszystko w porządku? Możecie mi pomóc? - Podpłynął w kierunku mężczyzn, przyglądając się im, ich stanowi. Szczególnie Astarothowi na dłuższy moment, który zdecydowanie nie powinien przebywać w takim stanie tu i teraz. Spojrzał na Victorię, która zajęła się dokładnie tym, czym powinna - zabezpieczaniem tego miejsca. Przynajmniej tak uważał Laurent, że powinna to zrobić i ani myślał wchodzić jej w kompetencje. Ufał jej. Ufał jej osądom. - W cel... w celach... - Wziął płytki wdech, starając się jakoś wyrazić tym słabym głosem. - Są tu uwięzieni ludzie, którym trzeba pomóc. Zabrać ich na powierzchnię. To mugole. Pomóżcie mi, proszę. - Bo nie dam rady. Raczej nie musiał tego mówić, bo wyglądał, jakby zaraz sam miał dołączyć do grona nieprzytomnych, których trzeba wyławiać.
Jeśli mężczyźni się zgodzili to zabrał ich pod postacią foki do miejsca, gdzie tamci byli więzieni, tylko jeszcze zahaczył Victorię i powiedział, że ich wyniosą - a to na pewno też wymagało jej uwagi. W końcu możliwe, że tym mugolom trzeba wykasować pamięć.
Chciał się tu rozejrzeć. Oddać temu chociaż chwilę ciszy - ale po prostu nie potrafił. Wśród tej krwi. Więc kiedy rozmówili się z Ulthem, kiedy przeszły z jego słów kondolencje, kiedy padły przeprosiny, że nie udało się temu inaczej naradzić - Laurent nie chciał tutaj zostawać dłużej. Popłynął szukać Cirila.