Zaśmiał się cicho ponownie słysząc o tym raju na ziemi - słodko-gorzkie słowa. Słodkie, bo przecież to miał być Raj. Takim go określano - całe New Forest. Miejsce, gdzie możesz oderwać się od zgiełku miasta, gdzie panuje cisza, gdzie natura przypominała czarodziejom, jak bardzo są z nią związani, nawet jeśli o tym zapominali. Gorzkie, bo ten Raj go zaczynał dusić. Stawał się jakąś złotą klatką, chociaż wcale nie był uwięziony. Stawał się nagromadzeniem kiepskich emocji. Jeszcze trochę i będzie ten dom nimi wypełniony, albo wręcz przepełniony. Słodkie chwile stawały się tutaj i tak zwieńczeniami czegoś przykrego. Florence już mu to powiedziała - że to tak, jakby zawisnęło nad nim jakieś fatum.
- Tak mówią na New Forest. Że jest Rajem. - Powiedział to ciepło, bo wiązał z tym ciepłe odczucia. Był dumny z tego, co tu stworzył - głównie sam. Swoimi rękoma. - Wiesz, kto pierwszy wypowiedział to piękne słowo? - Słowo "raj". Zapytał o to niemal kokieteryjnie, uśmiechnięty półgębkiem. - Ja. - Tak powiedział: stworzy Raj. Miejsce, do którego każdy będzie mógł uciec. Miejsce, gdzie on będzie Aniołem, a człowiek będzie mógł zaznać chwili wytchnienia od upałów w cieniu jego skrzydeł i wśród szumiących drzew, nad chłodem morskiej wody. Chciał przynosić ukojenie i zmywać grzech, ale cóż począć? Sam teraz grzechem się stał i w grzech się zamienił. Prawie zapominał, że jego lotki były kiedyś białe. - Sam jestem miodem, nie za dużo byłoby wtedy tej słodkości? - Zebrało mu się na kokoszenie się! Mógłby powiedzieć, że to wina Astarotha - on zaczął! Zaczął? Tak, jak najbardziej. Kokieteria była tak głęboko zapisana w DNA Laurenta, że sam nie był pewien, że potrafił inaczej. I jednocześnie chciał inaczej. Osoby naprawdę bliskie próbowały mu to wyjaśniać - że jest przecież wiele więcej niż ciałem, opakowaniem. Zażartował z tego, chociaż wiedział, jak oddziałuje na ludzi i wiedział, że za miód potrafili go uważać. Za anioła o białych rękach i aureoli wokół platynowych włosów. - Przyznam ci, że kiedyś bardzo uważałem na to, co jem, żeby... idealnie wyglądać. - Celowo zrobił pauzę, niemalże dramatyczną! Dla niektórych to było oczywiste, ale większość ludzi tak na to nie patrzyła - że to nie jest "tak się po prostu urodziłem". To była praca. Owszem, miał szczęście - przystojnego ojca i piękną matkę, do której się upodobnił. - Cóóż... jestem na szczęście ładniejszy od skrzata. - Trzymając jego dłoń, uśmiechając się w ten uroczy sposób, rozmawiając o wszystko i o niczym. Rzeczach ważnych i miałkich. Nie miało znaczenia - kiedy słowa przepływały gładko między dwójką ludzi to rodziła się więź. Rodziło się zrozumienie. Laurent nie bardzo wiedział, na czym to polegało - jego instynkt samozachowawczy zawsze szwankował. Nie potrafił nie dopatrywać się zgryzoty tego, że trzyma zimną dłoń osoby, która żywiła się na takich jak on. I nie ważne, ile słodkich słówek sobie powiedzą - to się nie zmieni.
To była przyjemna i miła chwila. Taka, w której nie musisz wyduszać z siebie zbyt wielu słów, a jednocześnie możesz powiedzieć cokolwiek, każdą głupotę. Przypominał sobie, jaki był sceptyczny wobec Victorii i tego, że zakochała się w wampirze. Nadal podtrzymywał swój sceptycyzm. Można obdarzyć wampira uczuciem, oczywiście. To wcale nie znaczy, że wybór był dobry. Logika nakazywałaby się wycofać. Blondynowi daleko było do mówienia o jakichkolwiek odczuciach względem Astarotha, rzecz jasna, ale w tym dotyku nie potrafił nie wrócić do słów, które między nimi padły. Czy Victorii dobrze szły badania nad miksturami? Ważniejsze pytanie: czy ta dłoń stanie się cieplejsza od jego dotyku? Czy mogła się trochę zagrzać? Czy on mógł trochę ogrzać jego swoim ciałem?
- Hah... dziękuję za miłe słowa. - Nawiązał z nim ponownie kontakt wzrokowy. Puścił go jedną tylko dłonią, żeby znów złapać za różdżkę i nakazać porcelanie dalszy taniec - do salonu. Kominek, duża kanapa obita skórą z pomiętolonym kocem, dwa fotele do kompletu, niski stolik kawowy. Nad kominkiem wisiał piękny obraz kąpiących się, nagich niewiast w morskiej pianie - i tylko jedna miała platynowe włosy. Zrezygnował również z szeptu. - Poruszanie ponurych tematów sprawia, że i atmosfera staje się ponura. - Pociągnął go lekko za dłoń i skinął zachęcająco w kierunku kanapy. Tam było zdecydowanie wygodniej niż leżeć przewieszonym przez blat kuchenny. Ten wampir, co go tylko opijał z herbaty. Tamto zdanie go lekko zmieszało. Było takie... niebezpośrednio mówiące o tym, że aż za dobrze rozumiał te wysyłane przez Laurenta sygnały. A Laurent bardzo chciał wyjść z twarzą od odmowy. Głównie dlatego, że do niej nie przywyknął. - Ten artykuł... och, autor poprzekręcał moje słowa. Powycinał je z kontekstu. Owszem, tak uważam, ale... jestem odrobinę sprytniejszy ponad zsyłanie na siebie kata tych terrorystów.