15.07.2024, 10:06 ✶
– To na pewno, gdyby wcale go nie lubili, nie założyliby razem szkoły. Ale chciałabym wierzyć, że Salazar miał jakieś faktyczne przymioty charakteru, z powodu których go lubili, a nie chodziło tylko o jakąś przyjaźń z dzieciństwa, wspólne doświadczenia i to, że był świetnym magiem.
W końcu spryt i ambicja nie były złymi cechami. Chociaż jakby się zastanowić, właśnie dom Slytherina opuszczało najwięcej czarnoksiężników. Może Założyciel zradykalizował się pod koniec swojego życia?
Ewentualnie zawsze był paskudnym gościem, ale tysiąc lat temu przyjaciołom łatwiej było przymykać oka na takie rzeczy. Brenna nigdy nie była asem z historii, łatwo było jednak odgadnąć, że czasy wtedy były dużo bardziej brutalne niż obecnie. A mimo to… mimo to ostatecznie przyjaźń rozpadła się i Slytherin opuścił Hogwart, by podążyć swoją drogą.
Brenna w pracy spotykała się z różnymi rzeczami. Byli pijani, byli naćpani, byli agresywni, i po prawdzie to wszystko wciąż było dużo łatwiejsze niż ten moment, w którym pukałeś do drzwi, aby powiedzieć mieszkańcom, że ich zaginioną córkę właśnie znaleziono martwą. Nie mogła jednak narzekać na swoją pracę, bo sama ją wybrała i nigdy nie wyobrażała sobie, żeby robić coś innego. A przecież miałaby możliwości – gdyby tak sobie uroiła, mogłaby założyć własny interes albo po prostu poprosić rodzinę Potterów, aby znaleźli dla niej miejsce w rodzinnej firmie. Zawsze też wiedziała, z tym ta robota się wiąże, bo od najmłodszych lat przesłuchiwała się rozmowom ojca i wujostwa, a niemal wszyscy byli albo Detektywami Brygady, albo aurorami. Jedynym, który nie podążył za rodzinną tradycją, był Morpheus Longbottom, który znikł w ciemności Departamentu Tajemnic.
I właśnie o nim pomyślała, kiedy chłopak się przedstawił.
– Kelly? – spytała, uśmiechając się do niego lekko. Nic dziwnego, że go nie rozpoznała, bo chłopak niedawno skończył Hogwart, i raczej nie był często zapraszany tam, gdzie bawili się czystokrwiści, ale wiedziała już, dlaczego wydawał się jej znajomy: w końcu zdarzało się jej słyszeć o jego bracie, chrześniaku Morpheusa, mignęły jej jakieś zdjęcia… – Kojarzę twoją rodzinę. I nie nazywaj go tak. „Czarny Pan”. To określenie, którego używają wobec Voldemora ci, którzy popierają jego postulaty.
Nie zamierzała namawiać go, aby wypowiadał imię Voldemorta. Był młody, ze „skażonym” pochodzeniem, a ona nie uważała za słuszne wymuszanie na ludziach, by wywieszali sobie na plecach strzelniczą tarczę. Ale na same słowa Czarny Pan wzdrygała się bardziej niż na dźwięk tego imienia, które wymawiała bez wahania, bo strach przed imieniem wzmaga strach przed rzeczą.
Nie był żadnym panem ani lordem. Był tylko okrutnym człowiekiem o dużej mocy, który potrafił mamić ludzi.
W końcu spryt i ambicja nie były złymi cechami. Chociaż jakby się zastanowić, właśnie dom Slytherina opuszczało najwięcej czarnoksiężników. Może Założyciel zradykalizował się pod koniec swojego życia?
Ewentualnie zawsze był paskudnym gościem, ale tysiąc lat temu przyjaciołom łatwiej było przymykać oka na takie rzeczy. Brenna nigdy nie była asem z historii, łatwo było jednak odgadnąć, że czasy wtedy były dużo bardziej brutalne niż obecnie. A mimo to… mimo to ostatecznie przyjaźń rozpadła się i Slytherin opuścił Hogwart, by podążyć swoją drogą.
Brenna w pracy spotykała się z różnymi rzeczami. Byli pijani, byli naćpani, byli agresywni, i po prawdzie to wszystko wciąż było dużo łatwiejsze niż ten moment, w którym pukałeś do drzwi, aby powiedzieć mieszkańcom, że ich zaginioną córkę właśnie znaleziono martwą. Nie mogła jednak narzekać na swoją pracę, bo sama ją wybrała i nigdy nie wyobrażała sobie, żeby robić coś innego. A przecież miałaby możliwości – gdyby tak sobie uroiła, mogłaby założyć własny interes albo po prostu poprosić rodzinę Potterów, aby znaleźli dla niej miejsce w rodzinnej firmie. Zawsze też wiedziała, z tym ta robota się wiąże, bo od najmłodszych lat przesłuchiwała się rozmowom ojca i wujostwa, a niemal wszyscy byli albo Detektywami Brygady, albo aurorami. Jedynym, który nie podążył za rodzinną tradycją, był Morpheus Longbottom, który znikł w ciemności Departamentu Tajemnic.
I właśnie o nim pomyślała, kiedy chłopak się przedstawił.
– Kelly? – spytała, uśmiechając się do niego lekko. Nic dziwnego, że go nie rozpoznała, bo chłopak niedawno skończył Hogwart, i raczej nie był często zapraszany tam, gdzie bawili się czystokrwiści, ale wiedziała już, dlaczego wydawał się jej znajomy: w końcu zdarzało się jej słyszeć o jego bracie, chrześniaku Morpheusa, mignęły jej jakieś zdjęcia… – Kojarzę twoją rodzinę. I nie nazywaj go tak. „Czarny Pan”. To określenie, którego używają wobec Voldemora ci, którzy popierają jego postulaty.
Nie zamierzała namawiać go, aby wypowiadał imię Voldemorta. Był młody, ze „skażonym” pochodzeniem, a ona nie uważała za słuszne wymuszanie na ludziach, by wywieszali sobie na plecach strzelniczą tarczę. Ale na same słowa Czarny Pan wzdrygała się bardziej niż na dźwięk tego imienia, które wymawiała bez wahania, bo strach przed imieniem wzmaga strach przed rzeczą.
Nie był żadnym panem ani lordem. Był tylko okrutnym człowiekiem o dużej mocy, który potrafił mamić ludzi.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.