15.07.2024, 11:33 ✶
Stoisko Potterów, pakuję perfumy dla Jonathana
Brenna uniosła wzrok znad próbek i karteczek, na które pryskała, przypatrując się Jonathanowi z pewnym zamyśleniem, a potem uśmiechnęła się, trochę rozbawiona, a trochę nawet rozczulona.
– Wiesz, Jonathanie? Jesteś chyba jedynym mężczyzną, który potrafi porównać kobietę do żmij, ale w taki sposób, żeby to był komplement i to niemal poetycki. Chyba już rozumiem, o co chodzi. W takim razie ta propozycja, jeśli nie ma jakichś zapachów, których mocno się trzyma, będzie idealna, bo w końcu kto przypatrywałby się kwiatkom, gdyby na ścieżce przed nim syczała żmija – wyrecytowała, po czym zabrała się do pakowania obu flakoników w eleganckie opakowanie, bardzo z siebie zadowolona, bo oto sprzedała cztery sztuki tych najdroższych niemal perfum. Nie to, że to była jej zasługa, po prostu miała szczęście, że Shafiq oraz Selwyn przyszli tutaj akurat teraz, ot trafili się odpowiedni klienci, ale Brenna nie zamierzała w tym przypadku patrzeć darowanemu koniowi w zęby.
– Mam nadzieję, że się spodobają, dorzucam próbki naszego nowego kremu, wchodzi do regularnej sprzedaży na jesieni oraz próbkę perfum piżmowych, bardzo proszę – oświadczyła, podając mu opakowania. – Och tak. Mama mogłaby zatchnąć się z oburzenia. Albo zamordować go wzrokiem – stwierdziła, oczywiście kiedy już Neil opuścił stoisko i nie mógł usłyszeć. Nikt go nie gonił, gdy oglądał flakoniki, bo same nuty zapachowe nie decydowały o składzie, a dokładnej receptury rzecz jasna nikt nie umieszczał na opakowaniach – jedynie opis efektu, jeśli taki następował, ogólne nuty zapachowe i potencjalne alergeny. – Nie planujesz próbować wina pana Shafiqa? – spytała, zwracając spojrzenie ku stoisku, do którego pobiegł Anthony, próbując dojrzeć, kto taki go do niego przyciągnął. Zapewne przyjaciele albo ważni klienci… ach, tak, zaraz, Mulciberówny?
Brenna uniosła wzrok znad próbek i karteczek, na które pryskała, przypatrując się Jonathanowi z pewnym zamyśleniem, a potem uśmiechnęła się, trochę rozbawiona, a trochę nawet rozczulona.
– Wiesz, Jonathanie? Jesteś chyba jedynym mężczyzną, który potrafi porównać kobietę do żmij, ale w taki sposób, żeby to był komplement i to niemal poetycki. Chyba już rozumiem, o co chodzi. W takim razie ta propozycja, jeśli nie ma jakichś zapachów, których mocno się trzyma, będzie idealna, bo w końcu kto przypatrywałby się kwiatkom, gdyby na ścieżce przed nim syczała żmija – wyrecytowała, po czym zabrała się do pakowania obu flakoników w eleganckie opakowanie, bardzo z siebie zadowolona, bo oto sprzedała cztery sztuki tych najdroższych niemal perfum. Nie to, że to była jej zasługa, po prostu miała szczęście, że Shafiq oraz Selwyn przyszli tutaj akurat teraz, ot trafili się odpowiedni klienci, ale Brenna nie zamierzała w tym przypadku patrzeć darowanemu koniowi w zęby.
– Mam nadzieję, że się spodobają, dorzucam próbki naszego nowego kremu, wchodzi do regularnej sprzedaży na jesieni oraz próbkę perfum piżmowych, bardzo proszę – oświadczyła, podając mu opakowania. – Och tak. Mama mogłaby zatchnąć się z oburzenia. Albo zamordować go wzrokiem – stwierdziła, oczywiście kiedy już Neil opuścił stoisko i nie mógł usłyszeć. Nikt go nie gonił, gdy oglądał flakoniki, bo same nuty zapachowe nie decydowały o składzie, a dokładnej receptury rzecz jasna nikt nie umieszczał na opakowaniach – jedynie opis efektu, jeśli taki następował, ogólne nuty zapachowe i potencjalne alergeny. – Nie planujesz próbować wina pana Shafiqa? – spytała, zwracając spojrzenie ku stoisku, do którego pobiegł Anthony, próbując dojrzeć, kto taki go do niego przyciągnął. Zapewne przyjaciele albo ważni klienci… ach, tak, zaraz, Mulciberówny?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.