15.07.2024, 15:45 ✶
Gdy ruszał na spotkanie z Jagodą, nie spodziewał się, że ktoś będzie potrzebował jego pomocy. Gdyby tak było, zapewne nie wypiłby alkoholu. Co prawda nie było tego dużo, bo ledwo dwa kufle piwa, ale w jego przypadku nawet to mogło stanowić odczuwalną ilość. Zwłaszcza że ostatnie dni pozostawiały wiele do życzenia, jeśli chodzi o zdrowe... jakiekolwiek odżywianie. Był przemęczony, smutny i całkowicie rozbity, ale czy złamane serce pozwalało mu wziąć wolne od obowiązków? Zdecydowanie nie. Zwłaszcza że chodziło o Brennę. Skoro nie pojawiła się w Mungu, musiało chodzić o tę mniej oficjalną działalność, której podejmowała się w wolnym czasie. Świadomość, że należał do jakiejś tajnej organizacji, wciąż była nieco dziwna, ale idące z tym obowiązki traktował śmiertelnie poważnie. Złe samopoczucie nie zwalniało go ze służby. Poza tym, zajęcie głowy czymś innym niż Vior brzmiało bardziej niż kusząco.
Nie czekając wiele dłużej, zebrał do torby wszelkie potencjalnie potrzebne eliksiry i przedmioty, po czym, korzystając z sieci FIuu, wylądował w Warowni.
Pierwszym co odnotował, był fakt, że było tutaj zaskakująco cicho. Zazwyczaj miejsce pełne było Longbottomów, ich krewnych oraz przyjaciół, ale tego wieczoru wszyscy chyba gdzieś wyszli. Nie, żeby mu to przeszkadzało. W końcu przybył tutaj w bardzo konkretnym celu i zatrzymywanie się na uprzejme pogaduszki raczej nie mogło mieć miejsca. Dojście do pokoju Brenny nie zajęło mu zbyt wiele czasu, ale po drodze i tak zdołał się nieco zgubić, skręcając w zły korytarz. To miejsce naprawdę było ogromne. Gdy znalazł się pod drzwiami, krótko zapukał. Gdy odpowiedziała mu cisza, postanowił wejść do środka. Normalnie zapewne czekałby do skutku, ale niespodziewanie w jego głowie pojawiła się myśl, że kobieta mogła zemdleć. Wizja ta była na tyle nieprzyjemna, że ten jeden raz grzeczność i konwenanse postawił z boku. Jak się okazało, bardzo dobrze zrobił.
Znali się już dość długo, ale wciąż zadziwiało go, jak często pakowała się w kłopoty. Kiedyś reagował na to śmiechem, ale teraz na jego twarzy widniały jedynie troska oraz zmartwienie. Voldemort i jego poplecznicy byli zwyczajnie niebezpieczni. Wiedział, że czasem nie dało się uniknąć ryzyka, ale i tak nie chciał, żeby coś się jej stało. Co prawda nie miał żadnego wpływu na jej decyzje, ale i tak miałby wyrzuty sumienia.
— Chcę pytać? — rzucił tylko, podchodząc do niej szybkim krokiem. Mogła poczuć, że jest na nią zły. W oczy rzucały się też nieco za bardzo wklęsłe policzki oraz koszula, która leżała na nim dziwnie luźno. Gdy podszedł, dało się też wyczuć zapach alkoholu. — Nie ruszaj się. Zaraz zajmę się tymi kolanami, ale najpierw sprawdzę to gardło — z jego głosu zniknęła już jakakolwiek surowość, zastąpiła je troska. Sięgnął do torby, z której wyjął maść recepty jego ojca. Nałożył solidną warstwę na krtań, po czym sięgnął po flakonik, podsuwając pod jej usta. — Wypij. Jeśli masz jakieś obrażenia od środka, to pomoże w regeneracji. Uprzedzam, jest strasznie gorzkie — wyjaśnił cierpliwie, a gdy Brenna wypiła zawartość, wyjętą wcześniej maść nałożył także na jej kolana i dłonie. — Złagodzi objawy oparzeń i przyśpieszy regenerację — rzucił, po czym odłożył niemal puste pudełko na stolik. Następnie lekko się wyprostował i przyjrzał kobiecie z góry. — Potrzebujesz czegoś na ból? Mam pastylki i eliksir — dorzucił jeszcze, posyłając jej pytające spojrzenie.
Nie czekając wiele dłużej, zebrał do torby wszelkie potencjalnie potrzebne eliksiry i przedmioty, po czym, korzystając z sieci FIuu, wylądował w Warowni.
Pierwszym co odnotował, był fakt, że było tutaj zaskakująco cicho. Zazwyczaj miejsce pełne było Longbottomów, ich krewnych oraz przyjaciół, ale tego wieczoru wszyscy chyba gdzieś wyszli. Nie, żeby mu to przeszkadzało. W końcu przybył tutaj w bardzo konkretnym celu i zatrzymywanie się na uprzejme pogaduszki raczej nie mogło mieć miejsca. Dojście do pokoju Brenny nie zajęło mu zbyt wiele czasu, ale po drodze i tak zdołał się nieco zgubić, skręcając w zły korytarz. To miejsce naprawdę było ogromne. Gdy znalazł się pod drzwiami, krótko zapukał. Gdy odpowiedziała mu cisza, postanowił wejść do środka. Normalnie zapewne czekałby do skutku, ale niespodziewanie w jego głowie pojawiła się myśl, że kobieta mogła zemdleć. Wizja ta była na tyle nieprzyjemna, że ten jeden raz grzeczność i konwenanse postawił z boku. Jak się okazało, bardzo dobrze zrobił.
Znali się już dość długo, ale wciąż zadziwiało go, jak często pakowała się w kłopoty. Kiedyś reagował na to śmiechem, ale teraz na jego twarzy widniały jedynie troska oraz zmartwienie. Voldemort i jego poplecznicy byli zwyczajnie niebezpieczni. Wiedział, że czasem nie dało się uniknąć ryzyka, ale i tak nie chciał, żeby coś się jej stało. Co prawda nie miał żadnego wpływu na jej decyzje, ale i tak miałby wyrzuty sumienia.
— Chcę pytać? — rzucił tylko, podchodząc do niej szybkim krokiem. Mogła poczuć, że jest na nią zły. W oczy rzucały się też nieco za bardzo wklęsłe policzki oraz koszula, która leżała na nim dziwnie luźno. Gdy podszedł, dało się też wyczuć zapach alkoholu. — Nie ruszaj się. Zaraz zajmę się tymi kolanami, ale najpierw sprawdzę to gardło — z jego głosu zniknęła już jakakolwiek surowość, zastąpiła je troska. Sięgnął do torby, z której wyjął maść recepty jego ojca. Nałożył solidną warstwę na krtań, po czym sięgnął po flakonik, podsuwając pod jej usta. — Wypij. Jeśli masz jakieś obrażenia od środka, to pomoże w regeneracji. Uprzedzam, jest strasznie gorzkie — wyjaśnił cierpliwie, a gdy Brenna wypiła zawartość, wyjętą wcześniej maść nałożył także na jej kolana i dłonie. — Złagodzi objawy oparzeń i przyśpieszy regenerację — rzucił, po czym odłożył niemal puste pudełko na stolik. Następnie lekko się wyprostował i przyjrzał kobiecie z góry. — Potrzebujesz czegoś na ból? Mam pastylki i eliksir — dorzucił jeszcze, posyłając jej pytające spojrzenie.