15.07.2024, 19:14 ✶
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie wtedy spróbują cię zabić? – spytała Brenna. Bardzo spokojnie. Gdzieś w środku rozkwitały kwiaty ze szronu, wypełniając ciało chłodem, bo ona aż za dobrze zdawała sobie sprawę z tego, co śmierciożercy mogą zrobić z tym roześmianym mężczyzną: co zrobili z wielu mu podobnymi, którym wydawało się, że znają ryzyko. Widywała ich twarze na nagłówkach gazet. Patrzyła czasem na ich ciała, wynoszone do kostnicy.
W kręgu świec oglądała ich śmierć.
Nie, nie zamierzała odwodzić od tego pomysłu Isaaca, bo nigdzie nie zaszliby przekonując każdego, że nie warto, nie ryzykuj, to zbyt niebezpieczne, lepiej milczeć, lepiej schylić głowę, schylić kark. Ale jego nie było tu przez ostatnie dwa lata. Nie widział mrocznego znaku nad niczyim domem, nie uciekał przed nawałnicą i zaklęciami w Beltane, nie przemierzał zniszczonej Kniei. Co innego przeczuwać, jakie może być zagrożenie, co innego wiedzieć – a on był typowym Gryfonem, i miał pewnie skłonności do bagatelizowana niebezpieczeństwa. Nawet Brennie się to zdarzało, zanim kolejne wydarzenia nauczyły ją, że już nic nie będzie w życiu proste.
Drgnęła na imię i nazwisko, Laurent Prewett, palce mocniej zacisnęła na różdżce. Czy nie wystarczyło mu problemów po ostatnim razie?
Ale znów.
Nie mogła kazać mu milczeć: mogła jedynie postarać się, aby był bezpieczny, gdy już powie wszystko, co miał do powiedzenia.
– Lekcja pierwsza. Jeśli chcesz pisać o Voldemorcie, nie nazywaj go Czarnym Panem. Chce, żeby właśnie tak o nim mówić i tak nazywają go jego zwolennicy. – I było to jedyne określenie, które przechodziło przez usta obłożonej klątwą Mavelle Bones. Już Sam Wiesz Kto był lepszy. „Voldemorta” pewnie żadna gazeta by nie opublikowała, ale przynajmniej określenie Sam Wiesz Kto nie brzmiało tak… pochlebczo.
Żaden z niego cholerny pan czy lord.
Odetchnęła zapatrzona w dmuchawce, rosnące im pod nogami. Jak to było? Zdmuchnij je. Pomyśl życie. Jaka szkoda, że żaden kwiatek, nawet najbardziej magiczny, nie mógł spełnić jej życzenia, prostego i niemożliwego zarazem: niech będą bezpieczni.
Ile powiedzieć Isaacowi Bagshotowi, który najwyraźniej chciał walczyć, ale też chciał wystawić się na celownik?
– Pozbawienie przeciwnika przytomności to zawsze dobry pomysł. Nawet jeżeli pozbawisz kogoś różdżki, kto bezróżdkowej nie zna, nie znaczy to, że nie będzie niebezpieczny. Ale skoro szukasz innych metod, nawet jeśli ktoś włada magią bezróżdżkową, i tak musi wykonać gest… – powiedziała Brenna, i poruszyła różdżką, i tym razem w powietrzu pojawiły się nie sznury, a kajdany, z gatunku tych więziennych, spowijających całą dłoń. – Mocniejszy ruch nadgarstka – stwierdziła, pokazując ponownie właściwe ułożenie ręki.
W kręgu świec oglądała ich śmierć.
Nie, nie zamierzała odwodzić od tego pomysłu Isaaca, bo nigdzie nie zaszliby przekonując każdego, że nie warto, nie ryzykuj, to zbyt niebezpieczne, lepiej milczeć, lepiej schylić głowę, schylić kark. Ale jego nie było tu przez ostatnie dwa lata. Nie widział mrocznego znaku nad niczyim domem, nie uciekał przed nawałnicą i zaklęciami w Beltane, nie przemierzał zniszczonej Kniei. Co innego przeczuwać, jakie może być zagrożenie, co innego wiedzieć – a on był typowym Gryfonem, i miał pewnie skłonności do bagatelizowana niebezpieczeństwa. Nawet Brennie się to zdarzało, zanim kolejne wydarzenia nauczyły ją, że już nic nie będzie w życiu proste.
Drgnęła na imię i nazwisko, Laurent Prewett, palce mocniej zacisnęła na różdżce. Czy nie wystarczyło mu problemów po ostatnim razie?
Ale znów.
Nie mogła kazać mu milczeć: mogła jedynie postarać się, aby był bezpieczny, gdy już powie wszystko, co miał do powiedzenia.
– Lekcja pierwsza. Jeśli chcesz pisać o Voldemorcie, nie nazywaj go Czarnym Panem. Chce, żeby właśnie tak o nim mówić i tak nazywają go jego zwolennicy. – I było to jedyne określenie, które przechodziło przez usta obłożonej klątwą Mavelle Bones. Już Sam Wiesz Kto był lepszy. „Voldemorta” pewnie żadna gazeta by nie opublikowała, ale przynajmniej określenie Sam Wiesz Kto nie brzmiało tak… pochlebczo.
Żaden z niego cholerny pan czy lord.
Odetchnęła zapatrzona w dmuchawce, rosnące im pod nogami. Jak to było? Zdmuchnij je. Pomyśl życie. Jaka szkoda, że żaden kwiatek, nawet najbardziej magiczny, nie mógł spełnić jej życzenia, prostego i niemożliwego zarazem: niech będą bezpieczni.
Ile powiedzieć Isaacowi Bagshotowi, który najwyraźniej chciał walczyć, ale też chciał wystawić się na celownik?
– Pozbawienie przeciwnika przytomności to zawsze dobry pomysł. Nawet jeżeli pozbawisz kogoś różdżki, kto bezróżdkowej nie zna, nie znaczy to, że nie będzie niebezpieczny. Ale skoro szukasz innych metod, nawet jeśli ktoś włada magią bezróżdżkową, i tak musi wykonać gest… – powiedziała Brenna, i poruszyła różdżką, i tym razem w powietrzu pojawiły się nie sznury, a kajdany, z gatunku tych więziennych, spowijających całą dłoń. – Mocniejszy ruch nadgarstka – stwierdziła, pokazując ponownie właściwe ułożenie ręki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.