adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Badacz tajemnic I
—11/06/1972—
Anglia, Londyn
Rita Kelly & Anthony Shafiq
![[Obrazek: T9gnPiQ.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=T9gnPiQ.png)
Honey, I'm making sure the table's made
We can celebrate the good that we've done
I won't lie, if there's something still to take
There is ground to break, whatever's still to come
![[Obrazek: T9gnPiQ.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=T9gnPiQ.png)
Honey, I'm making sure the table's made
We can celebrate the good that we've done
I won't lie, if there's something still to take
There is ground to break, whatever's still to come
To było zaproszenie na późny lunch, niedziela rządziła się swoimi prawami, a jednak ciężko było ojcu chrzestnemu odmawiać, zwłaszcza jeśli nie widziało się go od ponad kwartału. Śmierć brata wywiała Anthony'ego z kraju, a jego powrót był powolny, przedłużającym się chorobowym zwolnieniem. Szczęśliwie miał tyle zasług, że jego stanowisku nic nie groziło, szczególnie, że jego zastępca tak skutecznie prowadził Organ Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, jak nie zamierzał wygryzać Anthony'ego z jego stanowiska. Jego plecy były więc zabezpieczone, a okoliczności polityczne i kryzys jaki spadł na społeczność po sabatach i rozerwaniu zasłony dzielącej światy sprawiał, że nikt za bardzo nie przejmował się biurem, które kluczową rolę odgrywało rocznymi raportami. Śródrocze było spokojne.
Pewien ruch w interesie zrobił powrót Anthony'ego z końcówką maja i wielki bum - Kambodża. Dawna francuska (!) kolonia, dla większości postronnych mylona z afrykańską Doliną Konga, miała ponoć do zaoferowania Anglii bardzo wiele i nagle sprawa została tak przedstawiona, żeby to małe biuro zajmujące się statystykami i reklamacjami celnymi ogarnęło co i w jakiej ilości potrzebne będzie do ściągnięcia z drugiego końca świata. Z oczywistych względów Anthony choć już w Londynie, miał bardzo mało czasu, żeby pojawić się w biurze choćby na moment więc zaproszenie na niedzielny lunch było tym milsze. Z resztą - nie lubił z nią rozmawiać w biurze. Wolał to robić w pieleszach swojego apartamentu, prezentu po ukończeniu szkoły od matki, gdy już jego brat okazał się szczęśliwie wydziedziczony. Gdyby nie ten fakt, zapewne Anthony spałby u ciotek piętro niżej - w bibliotece Parkinsonów.
Teraz jednak mógł podjąć swoją chrześnicę w przestronnym pokoju dziennym, do którego wchodziło się wprost z korytarza. Otwarty na hall salon był cały biały z dwoma drzewkami łagodzącymi strzeliste pilastry, między którymi pyszniły się perfekcyjnie czyste jak zawsze lustra i ogromne okna z widokiem na Aleję Horyzontalną.
– Moja droga, jak miło Cię widzieć! – powitał ją od progu serdecznie. Stojący podłużny stół został już zastawiony dla dwóch osób. Parujące misy kusiły zapachem kuminu, cynamonu, szafranu, z królującą wędzoną papryką. Zapach ten niósł ze sobą zdecydowanie więcej koloru niż pomieszczenie w którym się znajdowali, przywodząc na myśl półwysep iberyjski. Nie zabrakło pośród naczyń dwóch kieliszków i otwartej butelki wina pozbawionego etykiety. Dał jej się rozebrać, jeśli cokolwiek chciała odstawić przy rozgałęzionym stojaku na płaszcze oraz skorzystać z łazienki po lewej stronie od wejścia, by mogła odświeżyć się przed posiłkiem.
– Wybacz, że dopiero teraz, och... czekaj, czy dobrze widzę? Masz rzęsę na policzku! – Uśmiechnął się życzliwie, dla pomyślności wróżby przeskakując wzrokiem pospiesznie z jednego policzka na drugi, tak by nie dać jej od razu rozpoznać o których chodzi. – Cóż dzisiaj mamy? Niedzielę? Czyżbyś była z kimś umówiona na romantyczny wieczór? – Jego głos zabarwił się lekkim zaniepokojeniem, stalowe oczy na moment spochmurniały. Cóż, dla niego wciąż była małą dziewczynką, jego oczkiem w głowie, któremu zwoził prezenty z całego świata i okazjonalnie czytał do poduszki. Wiedział, że płynie w niej krew jej matki, a Charlotte dysponowała w jego oczach najbardziej męską energią z całej czwórki przyjaciół, ona ognista wojna dzierżąca ostry, przenikliwy miecz... Podejrzewał, że Rita z tej samej gliny jest ulepiona, niemniej ileż łatwiej było mu widzieć w tej dojrzałej już kobiecie słodką księżniczkę cieszącą się tak otwarcie na jego widok. Nostalgia zalewała go, więc szybko brwi rozluźniły się, a uśmiech powrócił. – No już... wybierz na który opadła policzek, chcę wiedzieć czy muszę skontaktować się z biurem aurorów aby prześwietlić tego delikwenta. – Trochę żartował, a trochę wcale nie.
Pewien ruch w interesie zrobił powrót Anthony'ego z końcówką maja i wielki bum - Kambodża. Dawna francuska (!) kolonia, dla większości postronnych mylona z afrykańską Doliną Konga, miała ponoć do zaoferowania Anglii bardzo wiele i nagle sprawa została tak przedstawiona, żeby to małe biuro zajmujące się statystykami i reklamacjami celnymi ogarnęło co i w jakiej ilości potrzebne będzie do ściągnięcia z drugiego końca świata. Z oczywistych względów Anthony choć już w Londynie, miał bardzo mało czasu, żeby pojawić się w biurze choćby na moment więc zaproszenie na niedzielny lunch było tym milsze. Z resztą - nie lubił z nią rozmawiać w biurze. Wolał to robić w pieleszach swojego apartamentu, prezentu po ukończeniu szkoły od matki, gdy już jego brat okazał się szczęśliwie wydziedziczony. Gdyby nie ten fakt, zapewne Anthony spałby u ciotek piętro niżej - w bibliotece Parkinsonów.
Teraz jednak mógł podjąć swoją chrześnicę w przestronnym pokoju dziennym, do którego wchodziło się wprost z korytarza. Otwarty na hall salon był cały biały z dwoma drzewkami łagodzącymi strzeliste pilastry, między którymi pyszniły się perfekcyjnie czyste jak zawsze lustra i ogromne okna z widokiem na Aleję Horyzontalną.
– Moja droga, jak miło Cię widzieć! – powitał ją od progu serdecznie. Stojący podłużny stół został już zastawiony dla dwóch osób. Parujące misy kusiły zapachem kuminu, cynamonu, szafranu, z królującą wędzoną papryką. Zapach ten niósł ze sobą zdecydowanie więcej koloru niż pomieszczenie w którym się znajdowali, przywodząc na myśl półwysep iberyjski. Nie zabrakło pośród naczyń dwóch kieliszków i otwartej butelki wina pozbawionego etykiety. Dał jej się rozebrać, jeśli cokolwiek chciała odstawić przy rozgałęzionym stojaku na płaszcze oraz skorzystać z łazienki po lewej stronie od wejścia, by mogła odświeżyć się przed posiłkiem.
– Wybacz, że dopiero teraz, och... czekaj, czy dobrze widzę? Masz rzęsę na policzku! – Uśmiechnął się życzliwie, dla pomyślności wróżby przeskakując wzrokiem pospiesznie z jednego policzka na drugi, tak by nie dać jej od razu rozpoznać o których chodzi. – Cóż dzisiaj mamy? Niedzielę? Czyżbyś była z kimś umówiona na romantyczny wieczór? – Jego głos zabarwił się lekkim zaniepokojeniem, stalowe oczy na moment spochmurniały. Cóż, dla niego wciąż była małą dziewczynką, jego oczkiem w głowie, któremu zwoził prezenty z całego świata i okazjonalnie czytał do poduszki. Wiedział, że płynie w niej krew jej matki, a Charlotte dysponowała w jego oczach najbardziej męską energią z całej czwórki przyjaciół, ona ognista wojna dzierżąca ostry, przenikliwy miecz... Podejrzewał, że Rita z tej samej gliny jest ulepiona, niemniej ileż łatwiej było mu widzieć w tej dojrzałej już kobiecie słodką księżniczkę cieszącą się tak otwarcie na jego widok. Nostalgia zalewała go, więc szybko brwi rozluźniły się, a uśmiech powrócił. – No już... wybierz na który opadła policzek, chcę wiedzieć czy muszę skontaktować się z biurem aurorów aby prześwietlić tego delikwenta. – Trochę żartował, a trochę wcale nie.