16.07.2024, 00:24 ✶
— Jak nie będziesz mnie słuchał, to wyślę cię z Heather i jej koleżankami na jakąś imprezę w Londynie — ostrzegł, chociaż nie był pewny, czy Ruda ma jakiekolwiek koleżanki poza Brenną Longbottom. Jej mentorka wydawała się na tyle aktywna, że mogłaby upchnąć w sobie co najmniej kilka osobowości. Zwłaszcza sądząc po historiach, jakie opowiadała o niej Heather. — One nie będą takie miłe jak twój brat. Czy nawet panna Zamfir, której ostatnio tak pomagałeś ne festynie.
Mrugnął do niego porozumiewawczo. Może i nie spędził przy stoisku Viorici za dużo czasu, ale obecność Cedrica na obchodach Lammas nie uszła jego uwadze. Zwłaszcza że zaangażował się w pomoc dziewczynie na tyle, aby osobiście stawić się na jej stanowisku pracy. Uśmiechnął się pod nosem. Cieszył się, że brat nie żył cały czas przeszłością. Chociaż cała rodzina miała spore nadzieje względem jego związku z Dandy, tak... Plany po prostu ulegały zmianie.
Ludzie się zmieniali, szli do przodu i szukali swojego miejsca na świecie. Dandelion mogła zniknąć z obrazka, ale nie oznaczało to od razu, że Ced był skazany na życie w samotności i ciągłe robienie nadgodzin w Szpitalu św. Munga. W końcu pojawi się ktoś, kto zmusi go do wyrabiania standardowych godzin. I dzień ten pewnie będzie świętowany nawet huczniej niż wesela Camerona.
— Co nie?! — ucieszył się, że ktoś go w końcu rozumie. — Mam wrażenie, że taka trochę z niej sadystka. Jakby wypracowała sobie fchuj wysoki poziom pracy i wszystko, co jest poniżej niego, jest o kant dupy obić. Kompletnie nie ma tolerancji na takie rzeczy. Czaisz, że nawet sobie powybierała zioła z kwiatów, które dostałem i przekazała je do magazynu?
Uniósł wymownie czoło, kręcąc delikatnie głową. Gdyby nie to, że rozmawiał teraz właśnie ze swoim bratem, to pewnie wypowiadałby się na ten temat z przestrachem, jednak towarzystwo znajomej twarzy i to, że Cedric zdawał się w pełni rozumieć jego sytuację, wyzwoliło w nim małą iskierkę odwagi. Skoro on miał takie przygody, to co musiał tutaj przeżywać jego rodzony brat?
— Nie odczuwam przy niej niczego poza niepewnością — odparł, przyjmując bez większego wahania podarek w formie słodkiej przekąski.
Może Hogwart nie miał w swojej kadrze jakiejś zajebistej ilości nauczycieli, jednak czasem zdarzały się rotacje; ktoś odchodził z pracy, ktoś przychodził, jedna profesorka lądowała na urlopie macierzyńskim. Cameron podczas swojej siedmioletniej edukacji napotkał sporo różnych typów nauczycieli. Niektórzy byli ostrzy jak brzytwa, inni do rany przyłóż, a co poniektórzy podchodzili do tego, jak do zwykłej pracy.
Florence jednak była wyjątkowo, bo raczej nie dawała studentom na co dzień odczuć, że kiedykolwiek może stać się milsza. To nie była umowa na zasadzie ''im lepiej będziecie się spisywać, tym milsza dla was będę''. To było ostrzeżenie ''jeśli nie doskoczycie do mojego poziomu, to pożałujecie''. Można było się pokusić, że w tym wszystkim chodziło o dobro pacjenta, jak i samego szpitala, jednak można było tego robić bez tego agresywnego błysku w oku i syczenia na nich (czyt. zwracaniu uwagi na błędy).
— Doceniam gest, Ced, naprawdę — przyznał Cameron, uśmiechając się niemrawo na propozycję brata. — Gdyby to była kasa na wakacje czy imprezę, to pewnie bym się nawet nie zastanawiał, ale wesele... — Pokręcił powoli głową, mieszając łyżeczką w puddingu. — Nie chcę, żebyście pakowali w to kasę. Zwłaszcza dużą. To powinno wyjść od nas, zwłaszcza, że nawet nie mamy swojego lokum. A organizacja imprezy przed wynajęciem czegokolwiek, to trochę jak Bombarda w kolano.
Zdusił w sobie ciężkie westchnienie. Bądź co bądź, tuż po tym, jak opuścił mury Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie jego plany na życie po dostaniu dyplomu były nieco inne. Owszem, tak czy siak zamierzał składać papiery do Akademii Munga, ale sądził, że uda mu się coś wynająć razem z Heather i Charlesem. A w międzyczasie Ruda zdążyła się przekwalifikować, aby dostać fuchę w Brygadzie Uderzeniowej, co samo w sobie przyniosło spore zmiany, a do tego jeszcze Charles i to wszystko, co się wydarzyło w związku z konfliktem. Nawet ostatnie miesiące namieszały im w życiu. Teraz trzeba było to składać wszystko do kupy krok po kroku jak jakąś cholerną zdobioną misę.
— Nie chcę jej odbierać możliwości pracy! — oburzył się Cameron. Nie był kompletnym idiotą. Wiedział, że za swoją nędzną pensję stażysty z trudem utrzymałby pokój do wynajęcia, nie mówiąc już o mieszkaniu i codziennych zakupach dla dwóch osób. — Poza tym, mamy aptekę. Alchemia to nie jest żadna filozofia, a ona jest sprytna. Szybko by załapała. W ostateczności... Jej rodzice też mają biznes. Sprzedają miotły na Pokątnej.
Mrugnął do niego porozumiewawczo. Może i nie spędził przy stoisku Viorici za dużo czasu, ale obecność Cedrica na obchodach Lammas nie uszła jego uwadze. Zwłaszcza że zaangażował się w pomoc dziewczynie na tyle, aby osobiście stawić się na jej stanowisku pracy. Uśmiechnął się pod nosem. Cieszył się, że brat nie żył cały czas przeszłością. Chociaż cała rodzina miała spore nadzieje względem jego związku z Dandy, tak... Plany po prostu ulegały zmianie.
Ludzie się zmieniali, szli do przodu i szukali swojego miejsca na świecie. Dandelion mogła zniknąć z obrazka, ale nie oznaczało to od razu, że Ced był skazany na życie w samotności i ciągłe robienie nadgodzin w Szpitalu św. Munga. W końcu pojawi się ktoś, kto zmusi go do wyrabiania standardowych godzin. I dzień ten pewnie będzie świętowany nawet huczniej niż wesela Camerona.
— Co nie?! — ucieszył się, że ktoś go w końcu rozumie. — Mam wrażenie, że taka trochę z niej sadystka. Jakby wypracowała sobie fchuj wysoki poziom pracy i wszystko, co jest poniżej niego, jest o kant dupy obić. Kompletnie nie ma tolerancji na takie rzeczy. Czaisz, że nawet sobie powybierała zioła z kwiatów, które dostałem i przekazała je do magazynu?
Uniósł wymownie czoło, kręcąc delikatnie głową. Gdyby nie to, że rozmawiał teraz właśnie ze swoim bratem, to pewnie wypowiadałby się na ten temat z przestrachem, jednak towarzystwo znajomej twarzy i to, że Cedric zdawał się w pełni rozumieć jego sytuację, wyzwoliło w nim małą iskierkę odwagi. Skoro on miał takie przygody, to co musiał tutaj przeżywać jego rodzony brat?
— Nie odczuwam przy niej niczego poza niepewnością — odparł, przyjmując bez większego wahania podarek w formie słodkiej przekąski.
Może Hogwart nie miał w swojej kadrze jakiejś zajebistej ilości nauczycieli, jednak czasem zdarzały się rotacje; ktoś odchodził z pracy, ktoś przychodził, jedna profesorka lądowała na urlopie macierzyńskim. Cameron podczas swojej siedmioletniej edukacji napotkał sporo różnych typów nauczycieli. Niektórzy byli ostrzy jak brzytwa, inni do rany przyłóż, a co poniektórzy podchodzili do tego, jak do zwykłej pracy.
Florence jednak była wyjątkowo, bo raczej nie dawała studentom na co dzień odczuć, że kiedykolwiek może stać się milsza. To nie była umowa na zasadzie ''im lepiej będziecie się spisywać, tym milsza dla was będę''. To było ostrzeżenie ''jeśli nie doskoczycie do mojego poziomu, to pożałujecie''. Można było się pokusić, że w tym wszystkim chodziło o dobro pacjenta, jak i samego szpitala, jednak można było tego robić bez tego agresywnego błysku w oku i syczenia na nich (czyt. zwracaniu uwagi na błędy).
— Doceniam gest, Ced, naprawdę — przyznał Cameron, uśmiechając się niemrawo na propozycję brata. — Gdyby to była kasa na wakacje czy imprezę, to pewnie bym się nawet nie zastanawiał, ale wesele... — Pokręcił powoli głową, mieszając łyżeczką w puddingu. — Nie chcę, żebyście pakowali w to kasę. Zwłaszcza dużą. To powinno wyjść od nas, zwłaszcza, że nawet nie mamy swojego lokum. A organizacja imprezy przed wynajęciem czegokolwiek, to trochę jak Bombarda w kolano.
Zdusił w sobie ciężkie westchnienie. Bądź co bądź, tuż po tym, jak opuścił mury Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie jego plany na życie po dostaniu dyplomu były nieco inne. Owszem, tak czy siak zamierzał składać papiery do Akademii Munga, ale sądził, że uda mu się coś wynająć razem z Heather i Charlesem. A w międzyczasie Ruda zdążyła się przekwalifikować, aby dostać fuchę w Brygadzie Uderzeniowej, co samo w sobie przyniosło spore zmiany, a do tego jeszcze Charles i to wszystko, co się wydarzyło w związku z konfliktem. Nawet ostatnie miesiące namieszały im w życiu. Teraz trzeba było to składać wszystko do kupy krok po kroku jak jakąś cholerną zdobioną misę.
— Nie chcę jej odbierać możliwości pracy! — oburzył się Cameron. Nie był kompletnym idiotą. Wiedział, że za swoją nędzną pensję stażysty z trudem utrzymałby pokój do wynajęcia, nie mówiąc już o mieszkaniu i codziennych zakupach dla dwóch osób. — Poza tym, mamy aptekę. Alchemia to nie jest żadna filozofia, a ona jest sprytna. Szybko by załapała. W ostateczności... Jej rodzice też mają biznes. Sprzedają miotły na Pokątnej.