16.07.2024, 01:58 ✶
Przychodzi spóźniony, łapie drinka, nie pije go, podchodzi do Desmonda i Jagody, zaczyna rozmowę chcąc skupić uwagę tej dwójki na sobie.
Angielskie powietrze było świeże. Rześkość wieczora rozbijała się delikatnymi powiewami wiatru o warstwy jego pudroworóżowej, falbaniastej marynarki. Trudno było tak właściwie stwierdzić, że to co ma na sobie jest skrojone na kształt garnituru - mimo, że w istocie, właśnie tak było, na tym polegała cała kontrowersja stroju. Materiał opadał falami na ramiona, częściowo przykrywając dłonie. Luźny krój sprawiał, że góra ubrania zsuwała się z ramion dodając kreacji luźniejszego i bardziej letniego charakteru; górna część jego stroju przypominała bardziej narzutę niż faktyczne ubranie z rękawami. Spodnie, odrobinę przyćmione ilością falban górnej części kreacji, były w tym samym kolorze, a ich wysoki stan odcinał się pomarańczowym paskiem. Koszula, całkowicie ukryta pod warstwami pokaźnej marynarki-narzuty nie opinała się na klatce piersiowej, choć jej głęboki dekolt sięgał prawie do żeber i odsłaniał lekko zabrązowioną śródziemnomorskim słońcem skórę. Złote wisiorki z przeróżnymi kamieniami, odbijającymi resztkę sierpniowych promieni słonecznych, mieszały się z perłowym naszyjnikiem. Włosy, na pierwszy rzut oka pozostawione w nieładzie, były tak naprawdę bardzo dobrze dopracowane. Ich dół, jaśniejszy, prawie że biały, podkreślony był nutą pomarańczu, przechodząc w ciemniejszą cześć fryzury, która nie była już kruczoczarna, a ciepło brązowa.
Cóż - można by było powiedzieć, że nikt nie nauczył Oleandra dobrych manier, ale byłoby to nieprawdą, on po prostu nie chciał się do nich stosować. Spychał ich idiotyczne, ciasne ramy na dno szafy razem z nudnymi, szarymi ubraniami, które próbowała wcisnąć mu matka. Uśmiechał się zawadiacko pod nosem, gdy w jego głowie rozbrzmiewały słowa recytowane jej zachrypłym głosem 'nie należy na ślub przychodzić ubranym tak, aby przyćmić pannę młodą' - zawsze wtedy pytał - 'a co z panm młodym? jego już wolno?'.
Tak czy siak, skoro Vespera Rookw- Black brała ślub już któryś raz z rzędu, podobnie można powiedzieć o Perseusu, czy to naprawdę dla ich aż tak istotne? Mieli wcześniejsze śluby, aby ekscytować się strojami. Poza tym, posiadał jakąś resztkę manier - nie przywdział na siebie krzykliwych kolorów.
Przyszedł spóźniony, toteż przed wejściem musiał wygrzebać z czeluści falbaniastej marynarki pogniecione zaproszenie. Rozłożył je jakby właśnie przypomniał sobie, że schował za pazuchą resztkę batonika z porannego posiłku, na którego naszła go ochota. Ściągną z dłoni koronkową, białą rękawiczkę i podał pomięty papierek osobie sprawdzającej jego nazwisko na liście gości. Uśmiechnął się doń kokieteryjnie i dostając w odpowiedzi skonfundowane spojrzenie, tylko wzruszył ramionami.
Przez salę przeszedł prawie płynąc pomiędzy zmierzającym ku parze mlodej oraz tortowi gośćmi. Niezbyt interesowało go jedzenie, jeszcze nie teraz. Jego młody organizm nie znał jeszcze konsekwencji picia alkoholu na pusty żołądek w tak dokładny sposób jak rozumiały ten stan osoby, których wiek oddalony był znacząco od szkolnych lat. Złapał jeden z kieliszków z tacy stojącej na barze, niespecjalnie interesując się jakim alkoholem w tym momencie się uraczy - szkło miało nie dotknąć jego ust jeszcze przez dłuższą chwilę, gdyż rozpoznał w tłumie znajome, jasne włosy i równie charakterystyczny, ciężki i szorstki wełniany garnitur. Mimowolnie pomyślał o jego dotyku na nagiej skórze wnętrza dłoni - familiarnym, tak odprężającym. Ostatnie spotkania z Desmondem mógł odtworzyć tylko w snach i, chociaż wciąż powinien być na niego obrażony za to, co wydarzyło się w mroku londyńskiego, skromnego mieszkania Malfoya, to nie potrafił tak długo z nim nie rozmawiać. Nie słyszeć urywanych zdań, skrępowanych myśli wyrzucanych powoli pokracznymi sentencjami.
Podszedł do Desmonda i stojącej obok niego Jagody. Wraz z falbanami, teraz lekko opadającymi z ramienia, marynarki, przyszłych rozmówców uderzył świeży zapach perfum Croucha - jaśminu zmieszanego z suchymi liśćmi tytoniu i buńczuczą, ledwo wyczuwalną nutą granatu.
Uśmiechnął się perliście i pozwolił słowom popłynąć melodyjnie.
- Desmond, ty tutaj? Doprawdy, nie powinienem się dziwić. Przyjemna niespodzianka - odparł, być może nazbyt teatralnie oraz, w pewien sposób, grzecznościowo, acz faktem było, iż żadne inne powitanie nie przychodziło mu do głowy. Zwłaszcza, gdy dzieląca ich rozłąka wydawała się kraterem nie do przekroczenia, a przeżyte razem sny mostem wiszącym na ostatniej strunie starych skrzypiec.
Spojrzał na towarzyszkę Malfoya i spodziewał się poczuć zwyczajowe, kiełkujące w klatce piersiowej, ciężkie uczucie zazdrości. Z nieznanego sobie powodu wcale go nie poczuł. Nie dał po sobie poznać zaskoczenia swym własnym życiem wewnętrznym i kontynuował przywitanie.
- Wydaje mi się, że nie miałaś jeszcze przyjemności ze mną rozmawiać? Nieprzyjemności raczej też, pamiętałbym. Oleander Crouch. - przedstawił się i, niezbyt gentlemanśko, podał Jagodzie dłoń wyswobodzoną z koronkowej rękawiczki, jakby byli dziećmi w Hogwarcie, pierwszy raz spotykającymi się pod zawieszonymi przy sklepieniu Wielkiej Sali świecami.
- Trochę nudnawo na tym ślubie, hm? Ale z drugiej strony, to ślub, czego innego się spodziewać? - zapytał, właściwie to ich obydwojga, chociaż trochę retorycznie.
- Ah, wybacz. A jak właściwie się nazywasz? - dopytał, jakby ta kwestia całkowicie wypadła mu z głowy lub absolutnie nie obchodziła, trudno było stwierdzić po tak krótkiej wymianie zdań.
Choć od razu można było stwierdzić, że ten chłopak skupiony był przede wszystkim na sobie (oraz na tym, aby stać zaraz obok Desmonda), biła od niego nieokiełznana aura przyjaznej swobodności. Mogłoby się wydawać, że to człowiek, który powie ci prosto w twarz wszystkie rzeczy, których absolutnie nie chcesz słyszeć, ale zrobi będzie ci się wydawało, iż robi to z czystej sympatii i w ostateczności będziesz mu dziękować, że je powiedział. Konfundował i wprowadzał zamęt - przynajmniej tak mu się wydawało, bo lubił przeceniać swój wpływ na otoczenie.
Angielskie powietrze było świeże. Rześkość wieczora rozbijała się delikatnymi powiewami wiatru o warstwy jego pudroworóżowej, falbaniastej marynarki. Trudno było tak właściwie stwierdzić, że to co ma na sobie jest skrojone na kształt garnituru - mimo, że w istocie, właśnie tak było, na tym polegała cała kontrowersja stroju. Materiał opadał falami na ramiona, częściowo przykrywając dłonie. Luźny krój sprawiał, że góra ubrania zsuwała się z ramion dodając kreacji luźniejszego i bardziej letniego charakteru; górna część jego stroju przypominała bardziej narzutę niż faktyczne ubranie z rękawami. Spodnie, odrobinę przyćmione ilością falban górnej części kreacji, były w tym samym kolorze, a ich wysoki stan odcinał się pomarańczowym paskiem. Koszula, całkowicie ukryta pod warstwami pokaźnej marynarki-narzuty nie opinała się na klatce piersiowej, choć jej głęboki dekolt sięgał prawie do żeber i odsłaniał lekko zabrązowioną śródziemnomorskim słońcem skórę. Złote wisiorki z przeróżnymi kamieniami, odbijającymi resztkę sierpniowych promieni słonecznych, mieszały się z perłowym naszyjnikiem. Włosy, na pierwszy rzut oka pozostawione w nieładzie, były tak naprawdę bardzo dobrze dopracowane. Ich dół, jaśniejszy, prawie że biały, podkreślony był nutą pomarańczu, przechodząc w ciemniejszą cześć fryzury, która nie była już kruczoczarna, a ciepło brązowa.
Cóż - można by było powiedzieć, że nikt nie nauczył Oleandra dobrych manier, ale byłoby to nieprawdą, on po prostu nie chciał się do nich stosować. Spychał ich idiotyczne, ciasne ramy na dno szafy razem z nudnymi, szarymi ubraniami, które próbowała wcisnąć mu matka. Uśmiechał się zawadiacko pod nosem, gdy w jego głowie rozbrzmiewały słowa recytowane jej zachrypłym głosem 'nie należy na ślub przychodzić ubranym tak, aby przyćmić pannę młodą' - zawsze wtedy pytał - 'a co z panm młodym? jego już wolno?'.
Tak czy siak, skoro Vespera Rookw- Black brała ślub już któryś raz z rzędu, podobnie można powiedzieć o Perseusu, czy to naprawdę dla ich aż tak istotne? Mieli wcześniejsze śluby, aby ekscytować się strojami. Poza tym, posiadał jakąś resztkę manier - nie przywdział na siebie krzykliwych kolorów.
Przyszedł spóźniony, toteż przed wejściem musiał wygrzebać z czeluści falbaniastej marynarki pogniecione zaproszenie. Rozłożył je jakby właśnie przypomniał sobie, że schował za pazuchą resztkę batonika z porannego posiłku, na którego naszła go ochota. Ściągną z dłoni koronkową, białą rękawiczkę i podał pomięty papierek osobie sprawdzającej jego nazwisko na liście gości. Uśmiechnął się doń kokieteryjnie i dostając w odpowiedzi skonfundowane spojrzenie, tylko wzruszył ramionami.
Przez salę przeszedł prawie płynąc pomiędzy zmierzającym ku parze mlodej oraz tortowi gośćmi. Niezbyt interesowało go jedzenie, jeszcze nie teraz. Jego młody organizm nie znał jeszcze konsekwencji picia alkoholu na pusty żołądek w tak dokładny sposób jak rozumiały ten stan osoby, których wiek oddalony był znacząco od szkolnych lat. Złapał jeden z kieliszków z tacy stojącej na barze, niespecjalnie interesując się jakim alkoholem w tym momencie się uraczy - szkło miało nie dotknąć jego ust jeszcze przez dłuższą chwilę, gdyż rozpoznał w tłumie znajome, jasne włosy i równie charakterystyczny, ciężki i szorstki wełniany garnitur. Mimowolnie pomyślał o jego dotyku na nagiej skórze wnętrza dłoni - familiarnym, tak odprężającym. Ostatnie spotkania z Desmondem mógł odtworzyć tylko w snach i, chociaż wciąż powinien być na niego obrażony za to, co wydarzyło się w mroku londyńskiego, skromnego mieszkania Malfoya, to nie potrafił tak długo z nim nie rozmawiać. Nie słyszeć urywanych zdań, skrępowanych myśli wyrzucanych powoli pokracznymi sentencjami.
Podszedł do Desmonda i stojącej obok niego Jagody. Wraz z falbanami, teraz lekko opadającymi z ramienia, marynarki, przyszłych rozmówców uderzył świeży zapach perfum Croucha - jaśminu zmieszanego z suchymi liśćmi tytoniu i buńczuczą, ledwo wyczuwalną nutą granatu.
Uśmiechnął się perliście i pozwolił słowom popłynąć melodyjnie.
- Desmond, ty tutaj? Doprawdy, nie powinienem się dziwić. Przyjemna niespodzianka - odparł, być może nazbyt teatralnie oraz, w pewien sposób, grzecznościowo, acz faktem było, iż żadne inne powitanie nie przychodziło mu do głowy. Zwłaszcza, gdy dzieląca ich rozłąka wydawała się kraterem nie do przekroczenia, a przeżyte razem sny mostem wiszącym na ostatniej strunie starych skrzypiec.
Spojrzał na towarzyszkę Malfoya i spodziewał się poczuć zwyczajowe, kiełkujące w klatce piersiowej, ciężkie uczucie zazdrości. Z nieznanego sobie powodu wcale go nie poczuł. Nie dał po sobie poznać zaskoczenia swym własnym życiem wewnętrznym i kontynuował przywitanie.
- Wydaje mi się, że nie miałaś jeszcze przyjemności ze mną rozmawiać? Nieprzyjemności raczej też, pamiętałbym. Oleander Crouch. - przedstawił się i, niezbyt gentlemanśko, podał Jagodzie dłoń wyswobodzoną z koronkowej rękawiczki, jakby byli dziećmi w Hogwarcie, pierwszy raz spotykającymi się pod zawieszonymi przy sklepieniu Wielkiej Sali świecami.
- Trochę nudnawo na tym ślubie, hm? Ale z drugiej strony, to ślub, czego innego się spodziewać? - zapytał, właściwie to ich obydwojga, chociaż trochę retorycznie.
- Ah, wybacz. A jak właściwie się nazywasz? - dopytał, jakby ta kwestia całkowicie wypadła mu z głowy lub absolutnie nie obchodziła, trudno było stwierdzić po tak krótkiej wymianie zdań.
Choć od razu można było stwierdzić, że ten chłopak skupiony był przede wszystkim na sobie (oraz na tym, aby stać zaraz obok Desmonda), biła od niego nieokiełznana aura przyjaznej swobodności. Mogłoby się wydawać, że to człowiek, który powie ci prosto w twarz wszystkie rzeczy, których absolutnie nie chcesz słyszeć, ale zrobi będzie ci się wydawało, iż robi to z czystej sympatii i w ostateczności będziesz mu dziękować, że je powiedział. Konfundował i wprowadzał zamęt - przynajmniej tak mu się wydawało, bo lubił przeceniać swój wpływ na otoczenie.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦