16.07.2024, 09:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2024, 09:29 przez Lorien Mulciber.)
Soboty w Ministerstwie Magii były z reguły dość przewidywalne. Spokojne. Z reguły ograniczały się do obecności tych, którzy w pracy być po prostu musieli - brygadziści, którym przypadła weekendowa służba, kilkoro pracowników Czarodziejskiego Pogotowia Ratunkowego, czy nawet pani Mulciber, która dostała na nowo pod opiekę “gang świeżaków” - gromadkę podekscytowanych kursantów, których miała przygotować do przyszłej pracy w Departamencie.
A jednak - z reguły skupiona i pracowita grupa dziś wydawała się… aż nazbyt rozćwierkana. Lorien po raz kolejny musiała przerwać wykład, rozproszona zduszonym śmiechem.
- Drogie Panie.- Upomniane kursantki natychmiast poderwały głowy znad czegoś co czytały pod ławką, wymieniając jeszcze między sobą spojrzenia. - Ja naprawdę potrafię zrozumieć, że morderstwa ze szczególnym okrucieństwem na wilkołakach dla ich futer, może być dla was nieszczególnie interesujące w sobotni poranek, ale przypominam, że bez nich nie doszłoby do precedensu w tysiąc siedemset czter…
Znów chichot. Tym razem z drugiej strony sali.
- Na wielką Matkę, co się z wami dzisiaj dzieje?!- Podniosła poirytowana głos, schodząc wreszcie z katedry i wchodząc między ławki. Zatrzymała się przy jednym z podopiecznych.- Słucham, co was tak dzisiaj rozprasza?
Chłopak przez moment wyglądał jakby miał zemdleć. Pobladł, wymamrotał ciche “przepraszam” po czym drżącą ręką wyciągnął do niej… najnowszy numer Czarownicy.
- Naprawdę, nie macie nic lepszego do roboty? - Westchnęła spoglądając na artykuł. Czy w Twojej sypialni brakuje iskry? A może Twoje wieczory wymagają... bardziej odważnego oświetlenia? Czy kiedykolwiek marzyłaś o świe… Nie czytała dalej, bo jej wzrok uciekł na zdjęcia. Przyglądała się każdemu z nich przez sekundę czy dwie. Zamrugała zaskoczona. Choć ciężko było ten miks emocji określić zwykłym zaskoczeniem. Odchrząknęła.
Wróciła za katedrę starając się ignorować ciche szepty i chichoty kursantów. Zabiję smarkacza. Zabiję go. Ale morderstwo na Charlie’m musiało jeszcze poczekać. Teraz miała całą gromadkę przyszłych prawników i sędziów do ogarnięcia.
- Co powiecie, żebyśmy zostawili nudną teorię na dzisiaj?- Zapytała nagle. Przewróciła leniwie parę stron w magazynie, czując jak trzęsą jej się dłonie. Zepchnę gnojka na dna piekła i już nigdy nie wylezie.. Myśl Lorien, myśl. Jak odciągnąć ich uwagę? Spojrzała po zaintrygowanych, może nieco przestraszonych kursantach, zupełnie jakby miała przed sobą hogwarckich pierwszoklasistów.- Zrobimy sobie próbny proces. Podzielcie się na dwie strony postępowania i radę sędziowską. Za 3 godziny widzimy się z powrotem. A teraz sprawa.- Stuknęła różdżką w teczkę leżącą na katedrze, prostym zaklęciem tworząc kilka kopii. Czarownica leżała obok niczym wyrzut sumienia.- Szkocja. Rok 1675. Jacob Black jest lokalnym hodowcą wilkołaków. Jego umowa z okolicznymi wytwórcami futer zakłada bezwzględny nakaz sprzedaży osobników. Pewnego dnia córka hodowcy Renesmee zostaje ugryziona…
Posłanie listu do Richarda było czysto samolubnym aktem. Tak po prawdzie, gdyby nie dotyczyło to Lorien, ta nie kiwnęłaby nawet palcem, żeby szwagra uświadomić w jakie bagno wpakował się jego syn. Siedziałaby i obserwowała jak w kociołki kipi i wrze tak długo aż byłoby zbyt późno, żeby cokolwiek ratować.
Ale to jej reputacja była zagrożona. Była sędzią Wizengamotu do jasnej cholery! Latami pracowała na to co osiągnęła i wizja, że jakieś chujo-świeczki miały to wszystko zniszczyć… Najgorsze, że jeszcze nie wiedziała co zrobić. Więc przechadzała się w te i we wte po swoim gabinecie, zerkając tylko co chwila na zegar. Miała już na sobie togę sędziowską, choć charakterystyczne nakrycie głowy leżało na jednym z krzeseł.
Stukot w drzwi. Jej krótkie “proszę wejść”.
- Jesteś.- Powiedziała tylko, a w jej głosie pojawiła się.. ulga? Wyglądała jakby dopiero teraz mogła wziąć głębszy oddech.
Mógł poczuć, że Lorien przyjrzała mu się uważnie. Zmrużyła lekko powieki, spoglądając o parę sekund dłużej niż zwykłe; zatrzymując wzrok na wszystkich charakterystycznych elementach jego twarzy. Upewniła się, że nie jest Robertem. Najwyraźniej inspekcja przebiegła pomyślnie, bo uznała, za stosowne odpowiedzieć na pytanie, jednocześnie zapraszając go bliżej. Byli sami, pokój był zabezpieczony zaklęciami. Nic i nikt (no może poza jakimś zabłąkanym kursantem) nie powinien im przeszkadzać.
- Nie, nie złamał. Chociaż… Jak mam być szczera, może byłoby łatwiej, gdyby to zrobił.- Westchnęła. Oparła się plecami o biurko, biorąc do ręki nieszczęsną “Czarownicę”.- Twój syn… Zresztą siadaj. Sam zobacz.
Otworzyła magazyn na odpowiedniej stronie, wyciągając go w stronę szwagra.
A jednak - z reguły skupiona i pracowita grupa dziś wydawała się… aż nazbyt rozćwierkana. Lorien po raz kolejny musiała przerwać wykład, rozproszona zduszonym śmiechem.
- Drogie Panie.- Upomniane kursantki natychmiast poderwały głowy znad czegoś co czytały pod ławką, wymieniając jeszcze między sobą spojrzenia. - Ja naprawdę potrafię zrozumieć, że morderstwa ze szczególnym okrucieństwem na wilkołakach dla ich futer, może być dla was nieszczególnie interesujące w sobotni poranek, ale przypominam, że bez nich nie doszłoby do precedensu w tysiąc siedemset czter…
Znów chichot. Tym razem z drugiej strony sali.
- Na wielką Matkę, co się z wami dzisiaj dzieje?!- Podniosła poirytowana głos, schodząc wreszcie z katedry i wchodząc między ławki. Zatrzymała się przy jednym z podopiecznych.- Słucham, co was tak dzisiaj rozprasza?
Chłopak przez moment wyglądał jakby miał zemdleć. Pobladł, wymamrotał ciche “przepraszam” po czym drżącą ręką wyciągnął do niej… najnowszy numer Czarownicy.
- Naprawdę, nie macie nic lepszego do roboty? - Westchnęła spoglądając na artykuł. Czy w Twojej sypialni brakuje iskry? A może Twoje wieczory wymagają... bardziej odważnego oświetlenia? Czy kiedykolwiek marzyłaś o świe… Nie czytała dalej, bo jej wzrok uciekł na zdjęcia. Przyglądała się każdemu z nich przez sekundę czy dwie. Zamrugała zaskoczona. Choć ciężko było ten miks emocji określić zwykłym zaskoczeniem. Odchrząknęła.
Wróciła za katedrę starając się ignorować ciche szepty i chichoty kursantów. Zabiję smarkacza. Zabiję go. Ale morderstwo na Charlie’m musiało jeszcze poczekać. Teraz miała całą gromadkę przyszłych prawników i sędziów do ogarnięcia.
- Co powiecie, żebyśmy zostawili nudną teorię na dzisiaj?- Zapytała nagle. Przewróciła leniwie parę stron w magazynie, czując jak trzęsą jej się dłonie. Zepchnę gnojka na dna piekła i już nigdy nie wylezie.. Myśl Lorien, myśl. Jak odciągnąć ich uwagę? Spojrzała po zaintrygowanych, może nieco przestraszonych kursantach, zupełnie jakby miała przed sobą hogwarckich pierwszoklasistów.- Zrobimy sobie próbny proces. Podzielcie się na dwie strony postępowania i radę sędziowską. Za 3 godziny widzimy się z powrotem. A teraz sprawa.- Stuknęła różdżką w teczkę leżącą na katedrze, prostym zaklęciem tworząc kilka kopii. Czarownica leżała obok niczym wyrzut sumienia.- Szkocja. Rok 1675. Jacob Black jest lokalnym hodowcą wilkołaków. Jego umowa z okolicznymi wytwórcami futer zakłada bezwzględny nakaz sprzedaży osobników. Pewnego dnia córka hodowcy Renesmee zostaje ugryziona…
- * -
Posłanie listu do Richarda było czysto samolubnym aktem. Tak po prawdzie, gdyby nie dotyczyło to Lorien, ta nie kiwnęłaby nawet palcem, żeby szwagra uświadomić w jakie bagno wpakował się jego syn. Siedziałaby i obserwowała jak w kociołki kipi i wrze tak długo aż byłoby zbyt późno, żeby cokolwiek ratować.
Ale to jej reputacja była zagrożona. Była sędzią Wizengamotu do jasnej cholery! Latami pracowała na to co osiągnęła i wizja, że jakieś chujo-świeczki miały to wszystko zniszczyć… Najgorsze, że jeszcze nie wiedziała co zrobić. Więc przechadzała się w te i we wte po swoim gabinecie, zerkając tylko co chwila na zegar. Miała już na sobie togę sędziowską, choć charakterystyczne nakrycie głowy leżało na jednym z krzeseł.
Stukot w drzwi. Jej krótkie “proszę wejść”.
- Jesteś.- Powiedziała tylko, a w jej głosie pojawiła się.. ulga? Wyglądała jakby dopiero teraz mogła wziąć głębszy oddech.
Mógł poczuć, że Lorien przyjrzała mu się uważnie. Zmrużyła lekko powieki, spoglądając o parę sekund dłużej niż zwykłe; zatrzymując wzrok na wszystkich charakterystycznych elementach jego twarzy. Upewniła się, że nie jest Robertem. Najwyraźniej inspekcja przebiegła pomyślnie, bo uznała, za stosowne odpowiedzieć na pytanie, jednocześnie zapraszając go bliżej. Byli sami, pokój był zabezpieczony zaklęciami. Nic i nikt (no może poza jakimś zabłąkanym kursantem) nie powinien im przeszkadzać.
- Nie, nie złamał. Chociaż… Jak mam być szczera, może byłoby łatwiej, gdyby to zrobił.- Westchnęła. Oparła się plecami o biurko, biorąc do ręki nieszczęsną “Czarownicę”.- Twój syn… Zresztą siadaj. Sam zobacz.
Otworzyła magazyn na odpowiedniej stronie, wyciągając go w stronę szwagra.