16.07.2024, 11:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2024, 11:25 przez Bard Beedle.)
Szczęśliwie – poza tym, że wszystko cuchnęło dymem – ucierpiał tylko żywopłotowy labirynt. Ogród nie wyglądał teraz tak pięknie, jak kiedyś, ale i to było do odtworzenia, jego część położona na tyłach pozostała nienaruszona, a bariera ocaliła dom. Nigdzie nie było Lydii, plan z czekaniem więc, by odciąć jej drogę, nie miał szans wypalić: nie planowała najwyraźniej wracać stąd do domu, i jedynie ogień pochłonąłby posiadłość. Pobiegła gdzieś dalej, tu zostawiając nieumarłych oraz ogień, który został przez przybyłych ugaszony na czas.
Nie byli jednak jeszcze zupełnie bezpieczni.
Zaklęcie Figga było na tyle potężne, że faktycznie poderwano nieumarłego w górę. Estella? Galahad? (I gdzie był drugi żywy trup – może przepadł ostatecznie w płomieniach, które sam rozniecił?) Istota zawisła w powietrzu, groteskować wymachując rękami. Wyciągając dłonie w stronę Thomasa, zaciskając kościste palce w powietrzu, jakby chciała pochwycić go.
Rozerwać.
Pożreć.
I Dora, która aportowała się w salonie chwilę później, wiedziała o magii dość, aby domyślać się, że ta istota właśnie to zrobić pragnęła: zaatakować, zniszczyć, czy wiedziona instynktem, czy zaklęciem wiedźmy. Nie było w niej już choćby za knuta człowieczeństwa, nie myślała, nie czuła, nie miała ducha. Osoba, którą była kiedyś, umarła (i, jeśli miała szczęście, jej duch umknął ku Limbo), pozostała tylko powłoka, te odrażające szczątki, napędzane mocą nekromancji. Mogli albo ją zniszczyć, albo dać się jej zabić, nie było opcji pośrednich – chyba że planowali trzymać w piwnicy mordercze zwłoki.
Zaklęcie Thomasa w każdej chwili mogło przestać działać i było jasne, że wtedy nastąpi atak.
Nie byli jednak jeszcze zupełnie bezpieczni.
Zaklęcie Figga było na tyle potężne, że faktycznie poderwano nieumarłego w górę. Estella? Galahad? (I gdzie był drugi żywy trup – może przepadł ostatecznie w płomieniach, które sam rozniecił?) Istota zawisła w powietrzu, groteskować wymachując rękami. Wyciągając dłonie w stronę Thomasa, zaciskając kościste palce w powietrzu, jakby chciała pochwycić go.
Rozerwać.
Pożreć.
I Dora, która aportowała się w salonie chwilę później, wiedziała o magii dość, aby domyślać się, że ta istota właśnie to zrobić pragnęła: zaatakować, zniszczyć, czy wiedziona instynktem, czy zaklęciem wiedźmy. Nie było w niej już choćby za knuta człowieczeństwa, nie myślała, nie czuła, nie miała ducha. Osoba, którą była kiedyś, umarła (i, jeśli miała szczęście, jej duch umknął ku Limbo), pozostała tylko powłoka, te odrażające szczątki, napędzane mocą nekromancji. Mogli albo ją zniszczyć, albo dać się jej zabić, nie było opcji pośrednich – chyba że planowali trzymać w piwnicy mordercze zwłoki.
Zaklęcie Thomasa w każdej chwili mogło przestać działać i było jasne, że wtedy nastąpi atak.