16.07.2024, 11:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.07.2024, 08:11 przez Anthony Shafiq.)
Gdybyś mógł być kimkolwiek byś chciał... – kiedyś o tym rozmawiali, gdzieś w gorących źródłach, w dusznych oparach ulatującej siarki, z ramionami luźno rozłożonymi na kamiennych brzegach, otoczeni białym śniegowym puchem, który otulał cały świat łącznie z drzewami, poza tymi punktami ciepła niosącymi energetyczne rozluźnienie po ciężkim dniu. Anthony powiedział mu z pewnym rozrzewnieniem o lekcjach pianina, o tym jak muzyka pozwala mu przestać myśleć, pozwala mu czuć dokładnie to co chce i potrzebuje czuć w danej chwili.
Dźwięki nie mają słów. Mogę opowiadać o swojej największej radości, największej tęsknocie i nikt nie wie o czym mówię tak na prawdę, jakie fakty za tym stoją. Ci co słuchają, usłyszą tylko wydestylowane emocje. – To był już czas, gdy nie grał wcale, zapodziany w nowych obowiązkach szefa biura, moszczący sobie przestrzeń smoczego gniazda pośród ministerialnych żmij. W wolnych chwilach nie sięgał po nuty, ale po mapy, rozmyślając wcale nie to co chciałby poznać z zakątków wspaniałego świata, ale co chciałby pokazać jemu. Gdzie chciałby z nim spędzić kolejny nierealny tydzień, który och, pewnie w innym życiu byłby nie osamotnionym tygodniem, dwoma, w perspektywie roku, ale rokiem właśnie, poprzedzielanym kilkoma dni rozłąki.
Liczba mnoga otuliła go miękkością dorównującą argentyńskiej wełnie. Proste możemy poczuć się spokojnie burzyło w nim wszelki spokój, powołując do życia odruchy zabrania go tam natychmiast, pokazania brudnych kątów mugolskiej winnicy, którą trzeba było przebudować i odpowiednio zabezpieczyć, ale Anthony'emu zależało na zachowaniu jej surowości. Na tym by nie ociekała magią, a była właśnie możliwie niezmienioną przestrzenią dla wina, które tak bardzo przypominało mu idącego obok mężczyznę. – Mój niedoszły chrześniak byłby pewnie zainteresowany tym magicznym sposobem zasilania. Sam zna się na kierowaniu automobilami, podejrzewam, że chętnie by się przyjrzał jak to działa z łodzią, nawet jeśli szczyci się podobną do mnie miłością do akwenów. – Jakie to szczęście, że łódź Erika jeszcze nie potrafiła się zanurzać! To pewnie przerosłoby jakiekolwiek chęci Anthony'ego by w ogóle na nią wchodzić. – Żagiel brzmi bardzo pięknie, choć... jak mniemam nie pływa się wieczorem, a my planujemy się tam wybrać po przedstawieniu nie przed, prawda? – zwątpił. W sumie nie było okazji wcześniej dogadać detali tego co obaj zgodnie nazwali randką. Bo to co robili teraz randką z pewnością nie było, prawda?
– Zabawne, że wspominasz o tym niebie, bo teraz jak planujemy we wrześniu transport do Kambodży, mój stażysta wyszedł z propozycją przelotem aeroplanem. Nie czekaj... samolotem. – Zamyślił się, choć w sumie te nazwy były stosowane zamiennie, łącznie z tym, że był to automobil tylko powietrzny. – Będę miał zatem okazję przetestować warunki. No chyba, że zaplanujemy przeprowadzkę w Himalaje i życie w ascezie pośród tybetańskich mnichów. Oni są tak wysoko, że otaczają ich chmury? Zawsze też pozostaje mmm... równina? Tak po prostu? Otwarta przestrzeń? Czy to poniżej naszych standardów, skoro niebo jest naszym ograniczeniem? – Nagle nie miał pojęcia, nie potrafił zrozumieć, czemu w ciągu ostatnich sześciu lat nigdy tego nie robili, nigdy nie myśleli, nie rozmawiali o tu i teraz, nawet jeśli to poszukiwanie wspólnych przestrzeni było tylko zabawnym przekomarzaniem. Nawet jeśli wspólną przestrzenią był fakt, że żaden z nich nie wymienił miasta jako rozwiązania problemu.
– Mój drogi... W rankingu moich ulubionych pozycji, już mniejsza o wygodę, – podjął dając się sprowokować z otwartymi ramionami. Czy to nie miało być wyjście bez szarżowanie panie Longbottom? – zdecydowanie nie ma żadnej sceny, absolutnie zadowolę się jednym przystojnym mężczyzną, a obecność publiczności jest zbyt perwersyjna, nawet jak na moje upodobania – parsknął rozbawiony, kiwając z niedowierzaniem głową, że ta rozmowa w ogóle przyjmuje taki obrót. Zaraz jednak odchrząknął i podjął próbę zmiany, może nie tyle co tematu, ale narracji wokół niego. – Odkuję sobie na powtórce turnieju, jeśli przyjdzie mi wyprawiać przyjęcie dla... mm... dla Morpheusa. – Zawahał się na moment, bo przecież wciąż udawali ze starszym z Longbottomów, że nie są sobie bliscy tak bardzo jak byli w rzeczywistości. Gdy ostatnio zastanawiał się czemu właściwie utrzymują ten pozór, zwłaszcza jeśli posądzanie ich o ścisłą współpracę mogłoby być problematyczne w latach sześćdziesiątych a nie teraz, zdał sobie sprawę, że zwyczajnie weszło im to w nawyk od momentu ciążącej gdzieś wciąż w sercu rozmowy z Godrykiem. Czy może raczej... monologu Godryka, po którym ich przyjaźń musiała zejść do podziemi. Z drugiej strony Jonathan na Lammas jak zawsze zachowywał się tak, jakby nie wiedział o całej maskaradzie i otwarcie oczekiwał, że para jego ulubionych krukonów będzie nierozłączna, jeśli tylko znajdowali się w tej samej przestrzeni. Kiedyś nie odbywało się to zbyt często. Teraz jednak nastąpiła odwilż. Od kilku miesięcy, od śmierci Derwina. – Wolałbyś się przebrać w togę i założyć złoty wieniec, czy raczej bardziej odnalazłbyś się w kolczudze ze stalą w dłoni? – zapytał nieoczekiwanie, przeczuwając, że zna na to pytanie odpowiedź.
W świecie w którym przyszło im żyć, gest trzymania się za ręce przez dwie osoby tej samej płci wciąż ukryty był za ołowianą kurtyną taboo społecznego oburzenia, żeby nie powiedzieć obrzydzenia. Teraz byli sami, pośród mdłej pozieleniałej żółci drzew, pośród poszumu liści i wilgoci wdzierającej się w gęsty splot tkaniny. Tylko przez moment dopuścił do siebie pytanie o to, czy nie powinien się wycofać, ale nie zrobił tego, zbyt głodny, zbyt stęskniony choćby namiastki fizycznego kontaktu, wciąż mając w pamięci zapach i wilgoć oczyszczonego ze zbyt długiej i wyniszczającej wędrówki ciała, wciąż mając w pamięci ciężar uśpionego zmęczeniem, pomrukującego w zadowoleniu Erika. Może nie robił tego, by coś powiedzieć jemu. Może robił to po to, by coś powiedzieć sobie. By mieć pewność, że nie śni. Że są tu obaj i idą przez las, jak gdyby ostatnie dwa lata nigdy nie miały miejsca.
Anthony nie odpuścił, nie poluzował dłoni, choć tym razem to on był prowadzony, a nie sam prowadził. Oczywiście wyczuł zmianę w posturze towarzysza, jego napięcie, wsłuchał się w tempo wypuszczanego powietrza, zupełnie jakby go zranił, jakby przyłożył rozpalone żelazo do skóry, a nie długie palce, a nie tęsknotę, nie deklaracje, których potrzebował. Których może obaj potrzebowali. Nie chcę więcej wymówek – tak powiedział sobie, tak powiedział i jemu, bo sam nosił na swojej duszy blizny po wymówkach, które stosował od momentu ich pierwszego spotkania. Wyciągnięta dłoń miała więc pomóc w skoku, w fizycznej przeprawie, niedogodności, która pojawiła się na drodze, ale teraz pomagała w czymś o wiele ważniejszym, w wędrówce duchowej i to nie był mały rów do przeskoczenia, a wielki wąwóz, przez który musieli przeprawić się obaj.
– Będziesz chciał zjeść w środku czy na zewnątrz? – Dopiero pod drzwiami odsunął się od niego, przypatrując się uważnie przestrzeni, która wyglądała na bardzo, bardzo opuszczoną. W prymitywnym instynkcie ucieszył się, że są tu razem nie tylko przez wzgląd na samą przyjemność przebywania tak blisko, ale też ze względów bezpieczeństwa. Bez względu na to jak nudne pod kątem ochrony bywały ich wspólne wyprawy, to jednak znał część możliwości Longbottoma, a pozostałych się zwyczajnie domyślał. – Jesteś pewien, że nie zalęgli się Wam tutaj żadni dzicy lokatorzy? – Bardzo nie chciał takiego obrotu spraw tego wieczoru, ale niepokój wzmagał się wraz ze słońcem niespiesznie chylącym się ku zachodowi. Może też przemawiało przez niego zmęczenie. Nawet jeśli ominął część przeszkód małym oszustem translokacyjnym, to dalej był to długi spacer po nierównym podłożu.
Dźwięki nie mają słów. Mogę opowiadać o swojej największej radości, największej tęsknocie i nikt nie wie o czym mówię tak na prawdę, jakie fakty za tym stoją. Ci co słuchają, usłyszą tylko wydestylowane emocje. – To był już czas, gdy nie grał wcale, zapodziany w nowych obowiązkach szefa biura, moszczący sobie przestrzeń smoczego gniazda pośród ministerialnych żmij. W wolnych chwilach nie sięgał po nuty, ale po mapy, rozmyślając wcale nie to co chciałby poznać z zakątków wspaniałego świata, ale co chciałby pokazać jemu. Gdzie chciałby z nim spędzić kolejny nierealny tydzień, który och, pewnie w innym życiu byłby nie osamotnionym tygodniem, dwoma, w perspektywie roku, ale rokiem właśnie, poprzedzielanym kilkoma dni rozłąki.
Liczba mnoga otuliła go miękkością dorównującą argentyńskiej wełnie. Proste możemy poczuć się spokojnie burzyło w nim wszelki spokój, powołując do życia odruchy zabrania go tam natychmiast, pokazania brudnych kątów mugolskiej winnicy, którą trzeba było przebudować i odpowiednio zabezpieczyć, ale Anthony'emu zależało na zachowaniu jej surowości. Na tym by nie ociekała magią, a była właśnie możliwie niezmienioną przestrzenią dla wina, które tak bardzo przypominało mu idącego obok mężczyznę. – Mój niedoszły chrześniak byłby pewnie zainteresowany tym magicznym sposobem zasilania. Sam zna się na kierowaniu automobilami, podejrzewam, że chętnie by się przyjrzał jak to działa z łodzią, nawet jeśli szczyci się podobną do mnie miłością do akwenów. – Jakie to szczęście, że łódź Erika jeszcze nie potrafiła się zanurzać! To pewnie przerosłoby jakiekolwiek chęci Anthony'ego by w ogóle na nią wchodzić. – Żagiel brzmi bardzo pięknie, choć... jak mniemam nie pływa się wieczorem, a my planujemy się tam wybrać po przedstawieniu nie przed, prawda? – zwątpił. W sumie nie było okazji wcześniej dogadać detali tego co obaj zgodnie nazwali randką. Bo to co robili teraz randką z pewnością nie było, prawda?
– Zabawne, że wspominasz o tym niebie, bo teraz jak planujemy we wrześniu transport do Kambodży, mój stażysta wyszedł z propozycją przelotem aeroplanem. Nie czekaj... samolotem. – Zamyślił się, choć w sumie te nazwy były stosowane zamiennie, łącznie z tym, że był to automobil tylko powietrzny. – Będę miał zatem okazję przetestować warunki. No chyba, że zaplanujemy przeprowadzkę w Himalaje i życie w ascezie pośród tybetańskich mnichów. Oni są tak wysoko, że otaczają ich chmury? Zawsze też pozostaje mmm... równina? Tak po prostu? Otwarta przestrzeń? Czy to poniżej naszych standardów, skoro niebo jest naszym ograniczeniem? – Nagle nie miał pojęcia, nie potrafił zrozumieć, czemu w ciągu ostatnich sześciu lat nigdy tego nie robili, nigdy nie myśleli, nie rozmawiali o tu i teraz, nawet jeśli to poszukiwanie wspólnych przestrzeni było tylko zabawnym przekomarzaniem. Nawet jeśli wspólną przestrzenią był fakt, że żaden z nich nie wymienił miasta jako rozwiązania problemu.
– Mój drogi... W rankingu moich ulubionych pozycji, już mniejsza o wygodę, – podjął dając się sprowokować z otwartymi ramionami. Czy to nie miało być wyjście bez szarżowanie panie Longbottom? – zdecydowanie nie ma żadnej sceny, absolutnie zadowolę się jednym przystojnym mężczyzną, a obecność publiczności jest zbyt perwersyjna, nawet jak na moje upodobania – parsknął rozbawiony, kiwając z niedowierzaniem głową, że ta rozmowa w ogóle przyjmuje taki obrót. Zaraz jednak odchrząknął i podjął próbę zmiany, może nie tyle co tematu, ale narracji wokół niego. – Odkuję sobie na powtórce turnieju, jeśli przyjdzie mi wyprawiać przyjęcie dla... mm... dla Morpheusa. – Zawahał się na moment, bo przecież wciąż udawali ze starszym z Longbottomów, że nie są sobie bliscy tak bardzo jak byli w rzeczywistości. Gdy ostatnio zastanawiał się czemu właściwie utrzymują ten pozór, zwłaszcza jeśli posądzanie ich o ścisłą współpracę mogłoby być problematyczne w latach sześćdziesiątych a nie teraz, zdał sobie sprawę, że zwyczajnie weszło im to w nawyk od momentu ciążącej gdzieś wciąż w sercu rozmowy z Godrykiem. Czy może raczej... monologu Godryka, po którym ich przyjaźń musiała zejść do podziemi. Z drugiej strony Jonathan na Lammas jak zawsze zachowywał się tak, jakby nie wiedział o całej maskaradzie i otwarcie oczekiwał, że para jego ulubionych krukonów będzie nierozłączna, jeśli tylko znajdowali się w tej samej przestrzeni. Kiedyś nie odbywało się to zbyt często. Teraz jednak nastąpiła odwilż. Od kilku miesięcy, od śmierci Derwina. – Wolałbyś się przebrać w togę i założyć złoty wieniec, czy raczej bardziej odnalazłbyś się w kolczudze ze stalą w dłoni? – zapytał nieoczekiwanie, przeczuwając, że zna na to pytanie odpowiedź.
W świecie w którym przyszło im żyć, gest trzymania się za ręce przez dwie osoby tej samej płci wciąż ukryty był za ołowianą kurtyną taboo społecznego oburzenia, żeby nie powiedzieć obrzydzenia. Teraz byli sami, pośród mdłej pozieleniałej żółci drzew, pośród poszumu liści i wilgoci wdzierającej się w gęsty splot tkaniny. Tylko przez moment dopuścił do siebie pytanie o to, czy nie powinien się wycofać, ale nie zrobił tego, zbyt głodny, zbyt stęskniony choćby namiastki fizycznego kontaktu, wciąż mając w pamięci zapach i wilgoć oczyszczonego ze zbyt długiej i wyniszczającej wędrówki ciała, wciąż mając w pamięci ciężar uśpionego zmęczeniem, pomrukującego w zadowoleniu Erika. Może nie robił tego, by coś powiedzieć jemu. Może robił to po to, by coś powiedzieć sobie. By mieć pewność, że nie śni. Że są tu obaj i idą przez las, jak gdyby ostatnie dwa lata nigdy nie miały miejsca.
Anthony nie odpuścił, nie poluzował dłoni, choć tym razem to on był prowadzony, a nie sam prowadził. Oczywiście wyczuł zmianę w posturze towarzysza, jego napięcie, wsłuchał się w tempo wypuszczanego powietrza, zupełnie jakby go zranił, jakby przyłożył rozpalone żelazo do skóry, a nie długie palce, a nie tęsknotę, nie deklaracje, których potrzebował. Których może obaj potrzebowali. Nie chcę więcej wymówek – tak powiedział sobie, tak powiedział i jemu, bo sam nosił na swojej duszy blizny po wymówkach, które stosował od momentu ich pierwszego spotkania. Wyciągnięta dłoń miała więc pomóc w skoku, w fizycznej przeprawie, niedogodności, która pojawiła się na drodze, ale teraz pomagała w czymś o wiele ważniejszym, w wędrówce duchowej i to nie był mały rów do przeskoczenia, a wielki wąwóz, przez który musieli przeprawić się obaj.
◀▶
– Będziesz chciał zjeść w środku czy na zewnątrz? – Dopiero pod drzwiami odsunął się od niego, przypatrując się uważnie przestrzeni, która wyglądała na bardzo, bardzo opuszczoną. W prymitywnym instynkcie ucieszył się, że są tu razem nie tylko przez wzgląd na samą przyjemność przebywania tak blisko, ale też ze względów bezpieczeństwa. Bez względu na to jak nudne pod kątem ochrony bywały ich wspólne wyprawy, to jednak znał część możliwości Longbottoma, a pozostałych się zwyczajnie domyślał. – Jesteś pewien, że nie zalęgli się Wam tutaj żadni dzicy lokatorzy? – Bardzo nie chciał takiego obrotu spraw tego wieczoru, ale niepokój wzmagał się wraz ze słońcem niespiesznie chylącym się ku zachodowi. Może też przemawiało przez niego zmęczenie. Nawet jeśli ominął część przeszkód małym oszustem translokacyjnym, to dalej był to długi spacer po nierównym podłożu.