16.07.2024, 14:55 ✶
– Myślę, że tu już można by dyskutować – stwierdziła Brenna z lekkim uśmiechem. Czy braterstwo naprawdę było domeną Ślizgonów? Ona powiedziałaby, że raczej podpadało to pod lojalność, właściwą Gryfonom. A może pracowitość Puchonów? – Trochę jestem zdziwiona, że nie ma całych wielkich debat, odnośnie tego, czy Ślizgoni zawłaszczyli sobie ambicję, kiedy właściwie Krukoni też są ambitni, przynajmniej kiedy chodzi o oceny… a nie, zaraz, może dlatego, że pewnie zakończyłyby się bardzo krwawo, nie chciałabym takiej musieć obstawiać.
Podziały w istocie były przecież bardzo płynne. Samo istnienie Domów zaś z jednej strony stereotypizowało, ucinało pewne możliwości, z drugiej też budując pewne poczucie przynależności ułatwiało odnalezienie się w murach Hogwartu. Tworzenie podstawowej komórki społecznej, jaką stawał się Dom, dla wielu uczniów okazywało się istotne, zwłaszcza że mimo wszystko istniała większa szansa na znalezienie kogoś podobnego w obrębie tego samego Domu… przynajmniej w większości przypadków.
– Nie usłyszałam niczego strasznego – zapewniła tylko, bo matki Jessiego poznać nie miała okazji – była za młoda, aby ją pamiętać z dzieciństwa czy nawet zwrócić uwagę na wielki skandal, jaki wywołała, a potem jakoś ich kręgi towarzyskiego się nie przecinały zbyt często. – Ach, skoro tak chętnie o tym opowiadał, wiemy już, że jest draniem albo głupcem, ewentualnie oba na raz, i że żadna z niego Prawa Ręka, bo wyobrażam sobie, że taka by raczej nie przyznawała się do nowej fuchy na prawo i lewo… – mruknęła Brenna. Kusiło ją spytać o nazwisko, ale to przecież byłoby głupie: same słowa poparcia nic nie znaczyły i często padały z ust tych, którym wydawało się, że teraz mugolaki spadną na dół drabiny społecznej, a oni dzięki temu zyskają, jako ci lepsi, tę pozycję, której sami utrzymać lub wywalczyć nie potrafili.
W gruncie rzeczy zresztą Brenna sama miała pozycję, którą zawdzięczała głównie urodzeniu i pieniądzom rodziców. Była uprzywilejowana, dokładnie jak ci, którzy popierali Voldemorta.
– Brzmi jak wyjątkowo paskudny pseudonim – powiedziała, uśmiechając się mimowolnie, chociaż wiedziała doskonale, że takie rozmowy są niebezpieczne. Chyba jeszcze ani ona, ani Jessie, ani nikt inny nie rozumiał, jak bardzo – i że w kolejnych miesiącach będą prowadzone coraz cichszymi głosami i coraz rzadziej. – Mówiąc szczerze uważam, że używa go, bo tak naprawdę nie ma żadnego czystokrwistego nazwiska, i głupio mu się do tego przyznać.
Podziały w istocie były przecież bardzo płynne. Samo istnienie Domów zaś z jednej strony stereotypizowało, ucinało pewne możliwości, z drugiej też budując pewne poczucie przynależności ułatwiało odnalezienie się w murach Hogwartu. Tworzenie podstawowej komórki społecznej, jaką stawał się Dom, dla wielu uczniów okazywało się istotne, zwłaszcza że mimo wszystko istniała większa szansa na znalezienie kogoś podobnego w obrębie tego samego Domu… przynajmniej w większości przypadków.
– Nie usłyszałam niczego strasznego – zapewniła tylko, bo matki Jessiego poznać nie miała okazji – była za młoda, aby ją pamiętać z dzieciństwa czy nawet zwrócić uwagę na wielki skandal, jaki wywołała, a potem jakoś ich kręgi towarzyskiego się nie przecinały zbyt często. – Ach, skoro tak chętnie o tym opowiadał, wiemy już, że jest draniem albo głupcem, ewentualnie oba na raz, i że żadna z niego Prawa Ręka, bo wyobrażam sobie, że taka by raczej nie przyznawała się do nowej fuchy na prawo i lewo… – mruknęła Brenna. Kusiło ją spytać o nazwisko, ale to przecież byłoby głupie: same słowa poparcia nic nie znaczyły i często padały z ust tych, którym wydawało się, że teraz mugolaki spadną na dół drabiny społecznej, a oni dzięki temu zyskają, jako ci lepsi, tę pozycję, której sami utrzymać lub wywalczyć nie potrafili.
W gruncie rzeczy zresztą Brenna sama miała pozycję, którą zawdzięczała głównie urodzeniu i pieniądzom rodziców. Była uprzywilejowana, dokładnie jak ci, którzy popierali Voldemorta.
– Brzmi jak wyjątkowo paskudny pseudonim – powiedziała, uśmiechając się mimowolnie, chociaż wiedziała doskonale, że takie rozmowy są niebezpieczne. Chyba jeszcze ani ona, ani Jessie, ani nikt inny nie rozumiał, jak bardzo – i że w kolejnych miesiącach będą prowadzone coraz cichszymi głosami i coraz rzadziej. – Mówiąc szczerze uważam, że używa go, bo tak naprawdę nie ma żadnego czystokrwistego nazwiska, i głupio mu się do tego przyznać.