16.07.2024, 22:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2024, 22:15 przez Brenna Longbottom.)
Gadam z Basiliusem i Atreusem przy morzu, a potem zaczepiam Thomasa F.
Z miotły akurat skakała wiosną, żadnych szans, żeby Atreus przez to się gdzieś tam w Anglii wkurwiał i oczywiście, że miała doskonały powód.
– Miotła oszalała, co miałam zrobić? Obiecałam sobie, że więcej na żadną nie wsiądę. I hm… no jeśli jakieś resztki zostaną, to się zastanowimy – powiedziała, podnosząc się z piasku i otrzepując szorty, a potem skierowała znowu spojrzenie na Samuela i Norę, zajętych sobą i chwilowo obojętnych na resztę świata. – Sam jest łagodny, ale… postaraj się go nie stresować. Na pewno nie czuje się zbyt dobrze w tłumie – stwierdziła z pewnym wahaniem. Widziała na jego szyi żółtą muszlę i to powinno pomóc, miała nadzieję, ale McGongall nie przywykł do takich spędów. Bywał na jarmarkach jako dziecko, jednak te zawsze miały miejsce w Dolinie. Nawet potańcówka rozgrywała się w bądź co bądź znajomej okolicy. Teraz byli z dala od Kniei, kawałek od samej Doliny nawet, z dala od lasów, pośród zielonych klifów i nad brzegiem morza.
Z pewną konsternacją spojrzała na Camerona, którego okrzyki uświadomiły Brennie, że najwyraźniej… umówili się na wyścigi? Cameron i Atreus…? Nie, zaraz: sądząc po tym, że nagle ze świstem na plażę przyfrunęła miotła Heather, Wood i Bulstrode planowali urządzić sobie wyścig. Powiodła spojrzeniem od jego, do drugiego, a potem po kocach, które zajmowali, szukając oznak ewentualnego upojenia alkoholowego, butelek albo szklanek po drinkach, wyglądało jednak na to, że nie zdążyli się podpić.
Może dobrze, że dochodziło do tego na początku imprezy.
– Jakby to kiedykolwiek działało – mruknęła do Basiliusa, posyłając mu uśmiech. Nie rób niczego głupiego? Tym ludziom, zgromadzonym na tej plaży, nawet nie próbowała czegoś takiego mówić, bo doskonale wiedziała, że nie posłuchają. Nie żeby ona brała sobie takie porady do serca. – Postarajcie się nie połamać i nie wpaść na klify, dobrze? – powiedziała, trochę głośniej, by i Heather mogła usłyszeć. Nie, nie próbowała zniechęcać ich do wyścigu: ani trochę nie wierzyła, że mogłoby to osiągnąć skutek, co najwyżej umówiliby się potem gdzieś, gdzie nie miałby kto ich pozbierać w razie, gdyby któreś spadło…
Brenna ruszyła od morza bliżej koców. Nie siadała jednak, mając zamiar obserwować wyścig. Wędrując z powrotem bliżej towarzystwa, zauważyła kolejnego niespodziewanego gościa – Geraldine Yaxley.
Zakonnicy chyba tak często przebywali w towarzystwie „tych dobrych”, że świat jakoś chciał to wyrównać, skoro pchało ich ku takim ludziom.
W każdym razie przystanęła akurat przy kocyku Thomasa Figga, któremu posłała uśmiech.
– Zajebisty pomysł. Jeszcze utrwalić to runami i opatentować – rzuciła do niego, wskazując na grilla i samoobracające się na nim mięso.
Z miotły akurat skakała wiosną, żadnych szans, żeby Atreus przez to się gdzieś tam w Anglii wkurwiał i oczywiście, że miała doskonały powód.
– Miotła oszalała, co miałam zrobić? Obiecałam sobie, że więcej na żadną nie wsiądę. I hm… no jeśli jakieś resztki zostaną, to się zastanowimy – powiedziała, podnosząc się z piasku i otrzepując szorty, a potem skierowała znowu spojrzenie na Samuela i Norę, zajętych sobą i chwilowo obojętnych na resztę świata. – Sam jest łagodny, ale… postaraj się go nie stresować. Na pewno nie czuje się zbyt dobrze w tłumie – stwierdziła z pewnym wahaniem. Widziała na jego szyi żółtą muszlę i to powinno pomóc, miała nadzieję, ale McGongall nie przywykł do takich spędów. Bywał na jarmarkach jako dziecko, jednak te zawsze miały miejsce w Dolinie. Nawet potańcówka rozgrywała się w bądź co bądź znajomej okolicy. Teraz byli z dala od Kniei, kawałek od samej Doliny nawet, z dala od lasów, pośród zielonych klifów i nad brzegiem morza.
Z pewną konsternacją spojrzała na Camerona, którego okrzyki uświadomiły Brennie, że najwyraźniej… umówili się na wyścigi? Cameron i Atreus…? Nie, zaraz: sądząc po tym, że nagle ze świstem na plażę przyfrunęła miotła Heather, Wood i Bulstrode planowali urządzić sobie wyścig. Powiodła spojrzeniem od jego, do drugiego, a potem po kocach, które zajmowali, szukając oznak ewentualnego upojenia alkoholowego, butelek albo szklanek po drinkach, wyglądało jednak na to, że nie zdążyli się podpić.
Może dobrze, że dochodziło do tego na początku imprezy.
– Jakby to kiedykolwiek działało – mruknęła do Basiliusa, posyłając mu uśmiech. Nie rób niczego głupiego? Tym ludziom, zgromadzonym na tej plaży, nawet nie próbowała czegoś takiego mówić, bo doskonale wiedziała, że nie posłuchają. Nie żeby ona brała sobie takie porady do serca. – Postarajcie się nie połamać i nie wpaść na klify, dobrze? – powiedziała, trochę głośniej, by i Heather mogła usłyszeć. Nie, nie próbowała zniechęcać ich do wyścigu: ani trochę nie wierzyła, że mogłoby to osiągnąć skutek, co najwyżej umówiliby się potem gdzieś, gdzie nie miałby kto ich pozbierać w razie, gdyby któreś spadło…
Brenna ruszyła od morza bliżej koców. Nie siadała jednak, mając zamiar obserwować wyścig. Wędrując z powrotem bliżej towarzystwa, zauważyła kolejnego niespodziewanego gościa – Geraldine Yaxley.
Zakonnicy chyba tak często przebywali w towarzystwie „tych dobrych”, że świat jakoś chciał to wyrównać, skoro pchało ich ku takim ludziom.
W każdym razie przystanęła akurat przy kocyku Thomasa Figga, któremu posłała uśmiech.
– Zajebisty pomysł. Jeszcze utrwalić to runami i opatentować – rzuciła do niego, wskazując na grilla i samoobracające się na nim mięso.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.