16.07.2024, 22:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2024, 22:36 przez Anthony Shafiq.)
Relacja Anthony'ego J. Shafiqa z domem Longbottomów traktowanym, jako całość, była ambiwalentna, podobnie z resztą, jak jego niekwestionowana słabość do mieszkańców drugiej z zamieszkałych przez uczniów Hogwartu wież. U podstaw leżała sprzeczność wartości tych, którzy byli mądrzy i często cenili wiedzę dla samej wiedzy w kontrze do tych, którzy byli silni i lojalni, a zebrane zasoby pragnęli używać do zewnętrznej ochrony, nie bacząc czy wybuchną im one w twarz. Woda i ogień, istnienia, które choć powinny koegzystować, to wspólnie... Zbyt mało wiedziano o silnikach parowych o tym, jak wielki skok cywilizacyjny zrobili dzięki nim mugole, nie cieszący się zdobyczami teleportacji i proszków fiu. Wciąż jednak Anthony pozostawał wodą. Zbyt wolny, zbyt spokojny, za słaby, używający zbyt wielu trudnych słów. Zbyt kobiecy na potrzeby domu żołnierzy i wojowników, co wytknięto mu o jeden raz za dużo. Dawno już niebyłe plotki o tym, że odbił żonę brata swojego najlepszego przyjaciela bawiły go, choć zdecydowanie nie chciałby z braćmi Morpheusa spotkać się w ciemnej alejce. Byli jak wielkie psy. Należało podchodzić doń z należytym respektem. Szczęśliwie praworządność stała ponad chęcią zemsty, jego nocne spacery pozostawały więc spokojne.
– Miotła, miotła... o to właśnie chodzi, że nie musisz nawet odrywać się od ziemi. Jak wrócimy do kraju pokażę Ci powitanie słońca. To nawet nie wygląda aż tak źle, gdy testujesz swój kręgosłup i stawy, braki, biodra... Trochę jak taniec, choć bardziej angażujący i... cóż, wymagający czystej podłogi. – Anthony mówił, podsuwając jej kolejne kropki do połączenia w tym obrazie. Mówił wolno, musiał pilnować się by pozostać w angielskiej mowie. Pomimo entuzjazmu, który usiłował z siebie wykrzesać, unikał bezpośrednio kontaktu wzrokowego, zdawał się - choć oczywiście nie dosłownie! - wić pod jej spojrzeniem. Czyżby się starzał? Wszak nie raz wyprowadził ją w pole, na przestrzeni tych wielu lat owocnej znajomości.
Gdy i ona sfinalizowała swój posiłek, już się podniósł, głównie po to, by swoje długie palce owinąć wokół oparcia tuż za nią. Chciał odsunąć krzesło, pomóc wstać swojej dzisiejszej towarzyszce, gdy ta prosto w twarz rzuciła mu oskarżeniem. Napiął się mimowolnie i sapnął, pod dolną linią warg widać było delikatne wgłębienie, znak, że przygryza ją od wewnątrz.
–Nie – odpowiedział sekundę później, zaskakująco szczerze i bezpośrednio jak na niego. Stalowe oczy patrzyły wprost w jej twarz, skupione i odkryte, w tak surrealistycznych okolicznościach, jak przestrzenie brukselskiej kawiarenki. – I nic nie da się z tym zrobić– dodał bardzo powoli, jakby zależało mu szalenie na tym, by go usłyszała i zrozumiała. By odpuściła, na bogów, czy było to w ogóle możliwe? – A pomoże mi wspólna licytacja. Zabawa. Jak za starych dobrych czasów, o słodka Kwintesencjo kobiecości, szafirowy sprycie w okowach piękny loków. Chodźmy, przecież wiem, że pewnie jeszcze będziesz chciała zapalić. Wolisz bawić się przeciwko sobie, czy przez moment zawalczymy o uwagę jako para? – Chwilowe odsłonięcie przeminęło, uśmiech i kokieteria niczym księżycowy przypływ zbyt szybko przesłonił wejście do nadmorskiej jaskini umożliwiającej jej wgląd w to co prawdziwie bolesne.
Anthony czekał z wyciągniętą ręką, gotów poprowadzić ją pod dom aukcyjny. Pozostał im kwadrans.
– Miotła, miotła... o to właśnie chodzi, że nie musisz nawet odrywać się od ziemi. Jak wrócimy do kraju pokażę Ci powitanie słońca. To nawet nie wygląda aż tak źle, gdy testujesz swój kręgosłup i stawy, braki, biodra... Trochę jak taniec, choć bardziej angażujący i... cóż, wymagający czystej podłogi. – Anthony mówił, podsuwając jej kolejne kropki do połączenia w tym obrazie. Mówił wolno, musiał pilnować się by pozostać w angielskiej mowie. Pomimo entuzjazmu, który usiłował z siebie wykrzesać, unikał bezpośrednio kontaktu wzrokowego, zdawał się - choć oczywiście nie dosłownie! - wić pod jej spojrzeniem. Czyżby się starzał? Wszak nie raz wyprowadził ją w pole, na przestrzeni tych wielu lat owocnej znajomości.
Gdy i ona sfinalizowała swój posiłek, już się podniósł, głównie po to, by swoje długie palce owinąć wokół oparcia tuż za nią. Chciał odsunąć krzesło, pomóc wstać swojej dzisiejszej towarzyszce, gdy ta prosto w twarz rzuciła mu oskarżeniem. Napiął się mimowolnie i sapnął, pod dolną linią warg widać było delikatne wgłębienie, znak, że przygryza ją od wewnątrz.
–Nie – odpowiedział sekundę później, zaskakująco szczerze i bezpośrednio jak na niego. Stalowe oczy patrzyły wprost w jej twarz, skupione i odkryte, w tak surrealistycznych okolicznościach, jak przestrzenie brukselskiej kawiarenki. – I nic nie da się z tym zrobić– dodał bardzo powoli, jakby zależało mu szalenie na tym, by go usłyszała i zrozumiała. By odpuściła, na bogów, czy było to w ogóle możliwe? – A pomoże mi wspólna licytacja. Zabawa. Jak za starych dobrych czasów, o słodka Kwintesencjo kobiecości, szafirowy sprycie w okowach piękny loków. Chodźmy, przecież wiem, że pewnie jeszcze będziesz chciała zapalić. Wolisz bawić się przeciwko sobie, czy przez moment zawalczymy o uwagę jako para? – Chwilowe odsłonięcie przeminęło, uśmiech i kokieteria niczym księżycowy przypływ zbyt szybko przesłonił wejście do nadmorskiej jaskini umożliwiającej jej wgląd w to co prawdziwie bolesne.
Anthony czekał z wyciągniętą ręką, gotów poprowadzić ją pod dom aukcyjny. Pozostał im kwadrans.