Czy to był "aż taki" dystans do siebie? Laurent by nie powiedział. To były ledwo próby nakrywania płachtą czegoś zabawnego swoich niedoskonałości. Daleko temu było do śmiania się z nich, ledwo żarty przy kimś, kto pokazywał, że spoglądał, zwracał uwagę, że jemu to nie przeszkadzało. Te jego spojrzenia, te jego słówka i gesty - nie musiał tego mówić wprost. Laurent widział swoje odbicia w zielonych oczach i podobało mu się to, co widzi. A widział siebie pięknego, atrakcyjnego, a przy tym... wcale nie pożądaną. Platoniczność nie miała zbyt wiele zalet, chyba że głupia głowa wyceniała cię tylko na to, jakie posiadasz ciało. W co jesteś opakowany, a nie to, co masz we wnętrzu. Prezenty potrafią zachwycać zaplecioną wstążką, kokardą na czubie, dodatkiem kwiatów i wycinanką w gwiazdeczki. Cieszysz się, rozrywasz papier, a tam - rozczarowanie. Kolejny raz te same skarpetki, jak od dziesięciu lat. Człowiek nie był przedmiotem, ale potrafił być taki sam - piękne opakowanie, w którym było całkowicie przeciętne wnętrze.
Jego zabiegi nie były jednak kłamstwami. Nie wyśpiewał ani jednego kłamstewka - nie dało się jednak zaprzeczyć, że nie potrafił powiedzieć: nie, nie boję się ciebie. Tak samo jak nie potrafił powiedzieć, że się boi. Dlaczego? Ha... Bo bał się, że go tym zrani. I być może bał się tego, że Astaroth mógłby znów zmienić swój nastrój, zezłościć się, wściec? Gdyby tak było - czy jego zachowanie by się zmieniło? Niewiedza była wrogiem ludzi takich, jak Laurent, a niezdecydowanie Astarotha było jak oliwa dla małych płomyczków. Nie, wręcz dla samego żaru! To były tylko czerwone węgle, ale oliwa sprawiła, że zaczynały płonąć. Coś, co po prostu było, wpisane w pierwotność człowieka i jego DNA, mogło zostać bardzo łatwo obudzone do życia kilkoma nieszczęśliwie nieudanymi zabiegami. Astaroth je wprowadzał w życie. Nie celowo - ten mężczyzna przeżywał w końcu swój koszmar. Tylko... tylko czy Laurent w ogóle miał miejsce na ten koszmar w życiu? Bo poczuł się przytłoczony. Nie... chyba nie mam. Gdzieś pomiędzy "chcę pomóc" a "nie mam na to siły". W uczuciu, że to i tak nic nie będzie znaczyło - może i nawet się tym razem uda, może rzeczywiście Yaxley coś naprawi w swoim cierpieniu - a co znowu będzie z nim?
- W porządku, nie gniewam się, naprawdę... rozumiem. - Przecież zresztą sam wtedy zawinił... czy tak się czuli ludzie, których on ciągle przepraszał? Próbował przestać, żeby tego nie robić, ale to była trudna nauka jazdy. I tak, STAŁO SIĘ, więc to nie tak, że jest "w porządku"... nie, wróć. Jest w porządku. Nie było w przeszłości.
Chyba byli kwita? Musieli być. Nie usłyszeli od siebie tego, co chcieli usłyszeć - różnica była taka, że Astaroth wypowiedział się wprost. Może nawet zbyt wprost. Starał się nie napinać i oddychać normalnie. Nie pokazywać po sobie, że były takie słowa, które nie kupowały spokoju, a sprzedawały jedynie jego odwrotność. Więc... jak to było w końcu? Nie wiadomo - Yaxley sam nie wiedział.
- Duma to samiec. - Z tej całej wypowiedzi zdobył się na odpowiedź tylko na tę część przy całej tej próbie zachowania spokoju. Tak, miał rację, to byłoby potworne. W tym niebezpieczeństwie tliła się iskra ekscytacji, ale chyba za bardzo teraz szukał bezpieczeństwa i komfortu, żeby miała tu prawo głosu i moc przebicia. - Nie najgorzej radzę sobie ze słowem, więc wiem, jak udzielić wywiadu... Jest różnica, kiedy mówisz, że Beltane było terrorem, a kiedy ktoś wpisuje, że Śmierciożercy to terroryści. - Uśmiechnął się nikle, zerkając na Astarotha. - Mój prawnik się już tym zajmuje, nie chcę kolejnej afery... ale mężczyzna może pożegnać się z pracą. To, co zrobił, jest, delikatnie mówiąc, niegodne. - To napięcie wcale nie malało. Tylko rosło. Czuł się coraz bardziej niespokojnie i nieswojo, opętany tą myślą, że w każdej chwili Astaroth może się podnieść i...