17.07.2024, 11:51 ✶
Milczała. I nie było to jakoś szczególnie zaskakujące.
Pod tym względem była wyjątkowo podobna do jego brata. Pozwalała mu zebrać myśli. Może przeczytać po raz kolejny co ciekawsze fragmenty tekstu (powinna mu zaznaczyć pytania o rodzinę i cały wywód o ojcu czy jednak sam do tego dotarł?). Nie przerywała mu gdy próbował zrozumieć co ma przed sobą. I pewnie zrozumieć co miała na myśli mówiąc, że "lepiej gdyby Charlie popełnił przestępstwo".
Wyciągnąć kogoś z prawnych kłopotów to był pikuś, typowy wtorek dla Lorien. Błahostka. Wystarczyło sypnąć złotem, zagadać do kogo trzeba, przeinaczyć parę faktów. Pozbyć się takiego artykułu? Legalnie opublikowanego, napisanego przez skąd inąd znanego gryzipiórka w magazynie, który czytała ogromny odsetek magicznej, brytyjskiej populacji? Praktycznie awykonalne bez doprowadzenia do eskalacji problemu.
Skrzywiła się natomiast, kiedy zapalił papierosa. Niby nie miała nic przeciwko, ale wypadało chociaż zapytać. Drogie dywany, mahoniowe meble - Lorien była wyjątkowo przywiązana do wystroju swojego biura i ostatnią rzeczą na jaką miała teraz czas to pozbywać się popiołu. Dlatego niemal od razu podstawiła mu na oparcie krzesła kryształową popielniczkę, która stała wcześniej po drugiej stronie biurka.
Nie kpiła.
Nie złościła się.
Ba, nie wyglądała nawet jakby miała mu zacząć robić wyrzuty - zupełne przeciwieństwo ich nocnej pogawędki w bibliotece. Może dlatego, że wybryk Sophie wydawał się teraz kompletnie nieistotny, a czarownica sama do końca nie wiedziała jak całą tą sprawę ugryźć. Ba, nawet nie siliła się na żadne rady, doskonale wiedząc, że to mogłoby tylko Ricka niepotrzebnie dobić.
Nie jesteś ich matką. Oczywiście, że nią nie była i nigdy nie próbowała udawać, że jest inaczej. Nawet jeśli dzieciaki się do niej powoli przywiązywały, Lorien nie była na pozycji krytykowania metod wychowawczych ani swojego męża ani tym bardziej szwagra.
Dlatego na moment zostawiła go sam na sam z własnymi myślami, podchodząc do zamkniętego sekretarzyka pod ścianą. Uchyliła drzwiczki i wyciągnęła na zewnątrz jeden kieliszek do koniaku i zakurzoną, zakorkowaną butelkę jakiegoś brandy. Prawdopodobnie jeden z rozlicznych prezentów od przyjaciół lub klientów. Odkorkowała, powąchała trunek, żeby określić czy się nadaje do picia. Uznając, że zapewne irracjonalnie drogi alkohol jest w porządku (nie pijała koniaków, więc ciężko było jej to określić per se), nalała go trochę do koniakówki. Zawahała się, ale ostatecznie wzięła ze sobą całą butelkę.
- Masz. Pij.- Mruknęła, stukając szwagra w ramię nóżką od kieliszka. Samą butelkę postawiła przed nim na biurku. Żaden regulamin nie zabraniał częstowania gości Ministerstwa czymś.. mocniejszym, więc nie było potrzeby się kryć z tym.
Zaraz potem oparła się plecami o biurko, znów biorąc gazetę do ręki. Nawet jeśli miała wrażenie, że zna tekst na pamięć nie mogła oderwać od niego wzroku. To było jak oglądanie tragicznego wypadku miotlarskiego - nawet jeśli człowiek nie chciał, cichy głosik w głowie kazał mu patrzeć.
- Będziesz musiał mu o tym powiedzieć.- Powiedziała nagle. Nie musiała tłumaczyć o kogo jej chodzi. Robert. Najbardziej poszkodowana w tej głupiej sprawie osoba nadal o niej prawdopodobnie nic nie wiedziała. Lorien nie zamierzała się spowiadać przed szwagrem “dlaczego nic jeszcze mężowi nie powiedziała” - choć w jej oczach był to tylko i wyłącznie gest łaski wobec Richarda; Dała mu coś cennego - czas i informacje. Trochę jakby znów byli w szkole i całkiem przypadkiem szepnęła mu do uszka, żeby na kartkówkę z Historii Magii skupił się na wojnach goblinów.
Tylko głupiec pomyślałby, że Lorien robi to bezinteresownie - tak po prostu oddała kartę przetargową, którą mogła wykorzystać do pozbycia się zarówno Charles’a jak i Leonarda z domu, a przy okazji pewnie z łatwością wbić pierwszą szpilkę w relację pomiędzy braćmi Mucliber? To nie było w jej stylu.
A jednak - siedzieli tu teraz, praktycznie w ciszy, przerywanej tylko stukaniem wskazówek zegara na ścianie.
Pod tym względem była wyjątkowo podobna do jego brata. Pozwalała mu zebrać myśli. Może przeczytać po raz kolejny co ciekawsze fragmenty tekstu (powinna mu zaznaczyć pytania o rodzinę i cały wywód o ojcu czy jednak sam do tego dotarł?). Nie przerywała mu gdy próbował zrozumieć co ma przed sobą. I pewnie zrozumieć co miała na myśli mówiąc, że "lepiej gdyby Charlie popełnił przestępstwo".
Wyciągnąć kogoś z prawnych kłopotów to był pikuś, typowy wtorek dla Lorien. Błahostka. Wystarczyło sypnąć złotem, zagadać do kogo trzeba, przeinaczyć parę faktów. Pozbyć się takiego artykułu? Legalnie opublikowanego, napisanego przez skąd inąd znanego gryzipiórka w magazynie, który czytała ogromny odsetek magicznej, brytyjskiej populacji? Praktycznie awykonalne bez doprowadzenia do eskalacji problemu.
Skrzywiła się natomiast, kiedy zapalił papierosa. Niby nie miała nic przeciwko, ale wypadało chociaż zapytać. Drogie dywany, mahoniowe meble - Lorien była wyjątkowo przywiązana do wystroju swojego biura i ostatnią rzeczą na jaką miała teraz czas to pozbywać się popiołu. Dlatego niemal od razu podstawiła mu na oparcie krzesła kryształową popielniczkę, która stała wcześniej po drugiej stronie biurka.
Nie kpiła.
Nie złościła się.
Ba, nie wyglądała nawet jakby miała mu zacząć robić wyrzuty - zupełne przeciwieństwo ich nocnej pogawędki w bibliotece. Może dlatego, że wybryk Sophie wydawał się teraz kompletnie nieistotny, a czarownica sama do końca nie wiedziała jak całą tą sprawę ugryźć. Ba, nawet nie siliła się na żadne rady, doskonale wiedząc, że to mogłoby tylko Ricka niepotrzebnie dobić.
Nie jesteś ich matką. Oczywiście, że nią nie była i nigdy nie próbowała udawać, że jest inaczej. Nawet jeśli dzieciaki się do niej powoli przywiązywały, Lorien nie była na pozycji krytykowania metod wychowawczych ani swojego męża ani tym bardziej szwagra.
Dlatego na moment zostawiła go sam na sam z własnymi myślami, podchodząc do zamkniętego sekretarzyka pod ścianą. Uchyliła drzwiczki i wyciągnęła na zewnątrz jeden kieliszek do koniaku i zakurzoną, zakorkowaną butelkę jakiegoś brandy. Prawdopodobnie jeden z rozlicznych prezentów od przyjaciół lub klientów. Odkorkowała, powąchała trunek, żeby określić czy się nadaje do picia. Uznając, że zapewne irracjonalnie drogi alkohol jest w porządku (nie pijała koniaków, więc ciężko było jej to określić per se), nalała go trochę do koniakówki. Zawahała się, ale ostatecznie wzięła ze sobą całą butelkę.
- Masz. Pij.- Mruknęła, stukając szwagra w ramię nóżką od kieliszka. Samą butelkę postawiła przed nim na biurku. Żaden regulamin nie zabraniał częstowania gości Ministerstwa czymś.. mocniejszym, więc nie było potrzeby się kryć z tym.
Zaraz potem oparła się plecami o biurko, znów biorąc gazetę do ręki. Nawet jeśli miała wrażenie, że zna tekst na pamięć nie mogła oderwać od niego wzroku. To było jak oglądanie tragicznego wypadku miotlarskiego - nawet jeśli człowiek nie chciał, cichy głosik w głowie kazał mu patrzeć.
- Będziesz musiał mu o tym powiedzieć.- Powiedziała nagle. Nie musiała tłumaczyć o kogo jej chodzi. Robert. Najbardziej poszkodowana w tej głupiej sprawie osoba nadal o niej prawdopodobnie nic nie wiedziała. Lorien nie zamierzała się spowiadać przed szwagrem “dlaczego nic jeszcze mężowi nie powiedziała” - choć w jej oczach był to tylko i wyłącznie gest łaski wobec Richarda; Dała mu coś cennego - czas i informacje. Trochę jakby znów byli w szkole i całkiem przypadkiem szepnęła mu do uszka, żeby na kartkówkę z Historii Magii skupił się na wojnach goblinów.
Tylko głupiec pomyślałby, że Lorien robi to bezinteresownie - tak po prostu oddała kartę przetargową, którą mogła wykorzystać do pozbycia się zarówno Charles’a jak i Leonarda z domu, a przy okazji pewnie z łatwością wbić pierwszą szpilkę w relację pomiędzy braćmi Mucliber? To nie było w jej stylu.
A jednak - siedzieli tu teraz, praktycznie w ciszy, przerywanej tylko stukaniem wskazówek zegara na ścianie.