17.07.2024, 14:13 ✶
– Ale jestem pewna, że znasz paru ambitnych Krukonów – powiedziała. Tak samo jak ona znała i odważnego Ślizgona. Na mieszkańców tego domu zresztą mogła patrzeć zupełnie inaczej niż Jessie. Jako dzieciak nie dbała o podziały, jej przyjaciółka z dzieciństwa trafiła do tego Domu, a coś w Brennie nawet gdy miała jedenaście lat wzdrygało się instynktownie przed traktowaniem ich jako złych dzieciaków tylko dlatego, że nosili zieleń. Lubiła Victorię i Cynthię. Przyjaźniła się z Vincentem. Miała opiekuńcze odczucia wobec Laurenta. A wszyscy byli przecież Ślizgonami. Kelly miał jednak niewątpliwie rację: Slytherin był domem cenionym, ale zarazem stojącym nieco w opozycji wobec innych. Niektórzy Ślizgoni uważali się za lepszych, mieszkańcy innych Domów reagowali na to niechęcią, to z kolei oraz wpływ tych „niektórych” przekonywało często pozostałych uczniów Slytherina, by trzymać się tylko w swoim towarzystwie, budując to dziwne braterstwo…
– Dlaczego akurat Puchoni? Myślisz, że są tak krwiożerczy w głębi puchońskich serc? – spytała, trochę zaintrygowana, bo chyba żadna Puchonka, którą znała, nie była zbyt krwiożercza… chociaż jej brat bez wątpienia nie chciałby wkurwić Nory Figg. – Głównie co twój brat dostanie w świątecznym prezencie – przyznała, bo i nie miała żadnych powodów, aby ukrywać tożsamość czy więzy pokrewieństwa z wujkiem przez Jessim. – Morpheus Longbottom to mój krewny i zdaje się, że jest ojcem chrzestnym twojego młodszego brata? – spytała. Coś się jej kołatało też w głowie, że chyba Jonathan z kolei był chrzestnym samego Jessiego, ale okazji do spotkań do tej pory nie było zbyt wielu, bo jednak fakt, że chłopak do niedawna był w szkole raczej wykluczał go nawet z większości przyjęć organizowanych przez samego Selwyna.
– To dobrze – powiedziała, poważniejąc. Mogło brzmieć to dziwnie: dobrze, że okazał się palantem… ale Brenna naprawdę miała dobry powód, aby tak twierdzić. – Przynajmniej wiesz, na czym stoisz. Nie musisz się zastanawiać.
Czy nie maskuje swoich poglądów albo czy nie kryjąc ich, ale udając umiarkowanego, nie pomaga po cichu śmierciożercom. Czy można mu zaufać, czy będzie się niesprawiedliwym, zrywając tę znajomość, czy też właśnie to powinno się zrobić, nie tylko dla własnego dobra.
Tak wielu osób, które były jej bliskie, nie była już pewna.
– Władzę? Ale tak naprawdę to nie wiem. Może nie chce ogłosić światu, że hej, słuchajcie, pochodzę z rodziny Greengrassów, żeby Ministerstwo nie spadło na kark jego krewnym. Tyle że jednak on się jakoś nie ukrywa, więc… no gdyby naprawdę pochodził ze znanej rodziny, to tak jakby… chyba większość powinna go znać. Zresztą, czy to w ogóle ma znaczenie? Liczy się tylko to, że tu jest. I jest… wielkim problemem.
– Dlaczego akurat Puchoni? Myślisz, że są tak krwiożerczy w głębi puchońskich serc? – spytała, trochę zaintrygowana, bo chyba żadna Puchonka, którą znała, nie była zbyt krwiożercza… chociaż jej brat bez wątpienia nie chciałby wkurwić Nory Figg. – Głównie co twój brat dostanie w świątecznym prezencie – przyznała, bo i nie miała żadnych powodów, aby ukrywać tożsamość czy więzy pokrewieństwa z wujkiem przez Jessim. – Morpheus Longbottom to mój krewny i zdaje się, że jest ojcem chrzestnym twojego młodszego brata? – spytała. Coś się jej kołatało też w głowie, że chyba Jonathan z kolei był chrzestnym samego Jessiego, ale okazji do spotkań do tej pory nie było zbyt wielu, bo jednak fakt, że chłopak do niedawna był w szkole raczej wykluczał go nawet z większości przyjęć organizowanych przez samego Selwyna.
– To dobrze – powiedziała, poważniejąc. Mogło brzmieć to dziwnie: dobrze, że okazał się palantem… ale Brenna naprawdę miała dobry powód, aby tak twierdzić. – Przynajmniej wiesz, na czym stoisz. Nie musisz się zastanawiać.
Czy nie maskuje swoich poglądów albo czy nie kryjąc ich, ale udając umiarkowanego, nie pomaga po cichu śmierciożercom. Czy można mu zaufać, czy będzie się niesprawiedliwym, zrywając tę znajomość, czy też właśnie to powinno się zrobić, nie tylko dla własnego dobra.
Tak wielu osób, które były jej bliskie, nie była już pewna.
– Władzę? Ale tak naprawdę to nie wiem. Może nie chce ogłosić światu, że hej, słuchajcie, pochodzę z rodziny Greengrassów, żeby Ministerstwo nie spadło na kark jego krewnym. Tyle że jednak on się jakoś nie ukrywa, więc… no gdyby naprawdę pochodził ze znanej rodziny, to tak jakby… chyba większość powinna go znać. Zresztą, czy to w ogóle ma znaczenie? Liczy się tylko to, że tu jest. I jest… wielkim problemem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.