19.07.2024, 00:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.07.2024, 00:28 przez Desmond Malfoy.)
Stoi w sali bankietowej z Jagodą i Oleandrem.
Gdy starszy kuzyn zaczął opowiadać o karierze artysty, odwrócił wzrok wgłąb sali, nie przyglądając się niczemu konkretnemu. Wiedział doskonale, co kryło się między wersami i jedynym, o czym był teraz w stanie myśleć, były słowa Ojca, których wypowiedź Elliotta była niemalże echem. "Wszyscy jesteśmy inni" - nie zamierzał tego komentować, trwał tylko w niemym podziwie tego, jak szybko, subtelnie i dokumentnie jego krewni sprowadzili obcą przybłędę do parteru. Świadomość tego, że tak wyglądałoby jego życie, gdyby nie urodził się z blond włosami, budziła w nim natarczywy niepokój.
Gdy nie udało mu się odczarować Jagody, uśmiechnął się niezręcznie do Elliotta i swoją porażkę zapił ciężkim łykiem ginu.
– Nie przypuszczał. Bym. Że Perseus pokusiłby się żartować na podobnym. Poziomie – mechanicznie wyraził swoje nieistniejące zaskoczenie i pogardę, na której skupił się, aby oderwać myśli od własnego wstydu.
Nie był jednak w stanie puścić mimo uszu tego, że kuzyn zwrócił uwagę na to, jak komfortowo Desmond miał czuć się w rozmowie z Jagodą. Odebrał to jako kąśliwy sarkazm, bo od kiedy do nich dołączył nie odezwał się do niej ani słowem. Dziwnie zamaszystym ruchem otarł pot z czoła i skrzywił się, kiedy poczuł sól na wierzchu swojej dłoni.
– Wzajemnie – odparł cicho i skinął mu lekko głową na pożegnanie.
Mętne od alkoholu spojrzenie prędko zwrócił ku egzotycznej, barbarzyńskiej cudzoziemce, która odzyskiwała właśnie równowagę po powrocie do swojej ludzkiej formy. Nie widać było na jego twarzy żadnych emocji poza cieniem obrzydzenia, źródła którego nie mogła odgadnąć. Milczał dłuższą chwilę, zastygłszy w całkowitym, nienaturalnym bezruchu. Później uśmiechnął się uprzejmie i pochylił się w jej kierunku niemal konspiracyjnie.
– Mam nadzieję. Że. Nie. Nie wzburzyło cię to wszystko – mówił cicho, z trudem. Pomimo sztywnej neutralności jego tonu dało się wyczuć w nim pewną skruchę, może nawet zażenowanie.
Nie był pewien, na ile kobieta zrozumiała, co się wokół niej działo, bo za każdym razem odpowiadała z nietypową szczerością i okazywała uczucia w sposób na tyle otwarty, że jej bezpośredniość wprawiała go w niepokój. Skoro zostali tu sami, we frustracji, w upojeniu, postanowił podążyć tą samą ścieżką.
– Cieszę się. Bardzo. Że jesteś tak dumna ze swojej pracy i że udało ci się wytrwać w swojej pasji artysta-rzemieślnik to nie jest. Często spotykany zawód w naszych kręgach – kontynuował, z każdym słowem czując narastającą irytację. – Chociaż. Moja kuzynka. Lorraine. Wybrała. Coś jeszcze bardziej niecodziennego pracuje w zakładzie pogrzebowym.
Bez cienia uśmiechu opróżnił szklankę, spychając stres na peryferia świadomości. Nie powinien w ten sposób mówić o swojej rodzinie, ale jakże wielką satysfakcję sprawiło mu to, że odważył się dać ujście swojej złości na tyle dosadnie.
Kątem oka wyłapał czarno-szare loki, fałdy jasnoróżowego materiału, błysk licznej biżuterii. Nawet w szumie sylwetek dziesiątek gości i w chaosie tysięcy mieszających się ze sobą bodźców nie był w stanie nie zauważyć tego, który za cel swojej egzystencji obrał przyćmienie sobą nawet słońca. Przyglądał się Oleandrowi odrętwieniu, gdy ten zbliżał się do nich i gdy witał się z nimi z tą arogancką, dobrze znajomą mu manierą. Potrzebował chwili, żeby przeanalizować ekstrawagancję i bezwstydność jego krzykliwego stroju. Kiedyś mógł gdybać, że w tej jego teatralności i awersji do tradycji krył się zalążek degeneracji, ale teraz wiedział, że ona zwyczajnie płynęła w jego żyłach. Od zawsze. Albo tylko od lat - wciąż zastanawiał się, czy to wszystko nie było jego winą.
Z wargami zaciśniętymi, wpatrywał się w jego oczy. Przyglądał się temu, jak gasną w nich ostatnie iskry beztroskiego oranżu i jak do reszty płowieją cienie pogodnej zieleni, aby ustąpić miejsca otchłani brązu, która przypomnieć mu miała o tęsknocie i o bólu, zwabić go nimi w swoje szczęki i pochłonąć. Oleander chciał go pożreć, a on naiwny był i głupi, patrzył w ślepia bestii zahipnotyzowany, jak mysz w ślepia kota.
Miał nadzieję, że jego alkoholowe rumieńce ukryją wstyd, który właśnie ściskał mu żołądek. Żałował, że nie miał już więcej ginu, który pomógłby mu go przełknąć. Nagle znacznie dotkliwiej poczuł swoje upojenie, wszystkie jego ruchy były przecież takie ciężkie i niezgrabne, nie był w stanie dostatecznie panować nad mięśniami swojej twarzy, nad barwą swojego głosu. Tracił kontrolę, zaczynał czuć się jak we śnie. Jak w tamtym śnie.
Brzydził się sobą.
Uśmiechnął się tak, jakby walczył z bólem. Już wiedział, jak może zranić Oleandra tak, aby samemu nie odnieść żadnych szkód. Nie mógł posunąć się zbyt daleko, wszakże chłopak po wszystkim wciąż musiał ufać mu na tyle, żeby spotkać się z nim sam na sam i żeby przyjąć od niego opium. Czuł na sobie paskudny ciężar planu, z naturą którego zmagał się już od tygodni. Mimo wszystko, kryła się w tym wszystkim pewna... ekscytacja.
– Oleander. Przyjemna. Już nie mogę się doczekać żeby zobaczyć co ty zaplanujesz na swoje wesele – To wszystko było takie sztuczne i sztywne, idiotyczne przedstawienie przed cudzoziemką.
– My się dobrze bawiliśmy co prawda. Rozmawialiśmy z jagodą brodzki o jej sztuce. Ona pochodzi z jugosławii więc na pewno w jej dziełach da się znaleźć wiele ciekawych wpływów kulturowych – mówił sucho, wymieniając znaczące (acz martwe) spojrzenie z kobietą. – Swoją drogą chętnie skorzystam z twojego zaproszenia. Świetnie dziś wyglądasz czy włączyłaś może do swojej kreacji jakieś swoje wyroby.
W międzyczasie jego prawa ręka objęła kibić Oleandra, palcami wczepił się w materiał jego dziwacznej marynarki. Jakże żałował, że nie był teraz trzeźwy.
Gdy starszy kuzyn zaczął opowiadać o karierze artysty, odwrócił wzrok wgłąb sali, nie przyglądając się niczemu konkretnemu. Wiedział doskonale, co kryło się między wersami i jedynym, o czym był teraz w stanie myśleć, były słowa Ojca, których wypowiedź Elliotta była niemalże echem. "Wszyscy jesteśmy inni" - nie zamierzał tego komentować, trwał tylko w niemym podziwie tego, jak szybko, subtelnie i dokumentnie jego krewni sprowadzili obcą przybłędę do parteru. Świadomość tego, że tak wyglądałoby jego życie, gdyby nie urodził się z blond włosami, budziła w nim natarczywy niepokój.
Gdy nie udało mu się odczarować Jagody, uśmiechnął się niezręcznie do Elliotta i swoją porażkę zapił ciężkim łykiem ginu.
– Nie przypuszczał. Bym. Że Perseus pokusiłby się żartować na podobnym. Poziomie – mechanicznie wyraził swoje nieistniejące zaskoczenie i pogardę, na której skupił się, aby oderwać myśli od własnego wstydu.
Nie był jednak w stanie puścić mimo uszu tego, że kuzyn zwrócił uwagę na to, jak komfortowo Desmond miał czuć się w rozmowie z Jagodą. Odebrał to jako kąśliwy sarkazm, bo od kiedy do nich dołączył nie odezwał się do niej ani słowem. Dziwnie zamaszystym ruchem otarł pot z czoła i skrzywił się, kiedy poczuł sól na wierzchu swojej dłoni.
– Wzajemnie – odparł cicho i skinął mu lekko głową na pożegnanie.
Mętne od alkoholu spojrzenie prędko zwrócił ku egzotycznej, barbarzyńskiej cudzoziemce, która odzyskiwała właśnie równowagę po powrocie do swojej ludzkiej formy. Nie widać było na jego twarzy żadnych emocji poza cieniem obrzydzenia, źródła którego nie mogła odgadnąć. Milczał dłuższą chwilę, zastygłszy w całkowitym, nienaturalnym bezruchu. Później uśmiechnął się uprzejmie i pochylił się w jej kierunku niemal konspiracyjnie.
– Mam nadzieję. Że. Nie. Nie wzburzyło cię to wszystko – mówił cicho, z trudem. Pomimo sztywnej neutralności jego tonu dało się wyczuć w nim pewną skruchę, może nawet zażenowanie.
Nie był pewien, na ile kobieta zrozumiała, co się wokół niej działo, bo za każdym razem odpowiadała z nietypową szczerością i okazywała uczucia w sposób na tyle otwarty, że jej bezpośredniość wprawiała go w niepokój. Skoro zostali tu sami, we frustracji, w upojeniu, postanowił podążyć tą samą ścieżką.
– Cieszę się. Bardzo. Że jesteś tak dumna ze swojej pracy i że udało ci się wytrwać w swojej pasji artysta-rzemieślnik to nie jest. Często spotykany zawód w naszych kręgach – kontynuował, z każdym słowem czując narastającą irytację. – Chociaż. Moja kuzynka. Lorraine. Wybrała. Coś jeszcze bardziej niecodziennego pracuje w zakładzie pogrzebowym.
Bez cienia uśmiechu opróżnił szklankę, spychając stres na peryferia świadomości. Nie powinien w ten sposób mówić o swojej rodzinie, ale jakże wielką satysfakcję sprawiło mu to, że odważył się dać ujście swojej złości na tyle dosadnie.
Kątem oka wyłapał czarno-szare loki, fałdy jasnoróżowego materiału, błysk licznej biżuterii. Nawet w szumie sylwetek dziesiątek gości i w chaosie tysięcy mieszających się ze sobą bodźców nie był w stanie nie zauważyć tego, który za cel swojej egzystencji obrał przyćmienie sobą nawet słońca. Przyglądał się Oleandrowi odrętwieniu, gdy ten zbliżał się do nich i gdy witał się z nimi z tą arogancką, dobrze znajomą mu manierą. Potrzebował chwili, żeby przeanalizować ekstrawagancję i bezwstydność jego krzykliwego stroju. Kiedyś mógł gdybać, że w tej jego teatralności i awersji do tradycji krył się zalążek degeneracji, ale teraz wiedział, że ona zwyczajnie płynęła w jego żyłach. Od zawsze. Albo tylko od lat - wciąż zastanawiał się, czy to wszystko nie było jego winą.
Z wargami zaciśniętymi, wpatrywał się w jego oczy. Przyglądał się temu, jak gasną w nich ostatnie iskry beztroskiego oranżu i jak do reszty płowieją cienie pogodnej zieleni, aby ustąpić miejsca otchłani brązu, która przypomnieć mu miała o tęsknocie i o bólu, zwabić go nimi w swoje szczęki i pochłonąć. Oleander chciał go pożreć, a on naiwny był i głupi, patrzył w ślepia bestii zahipnotyzowany, jak mysz w ślepia kota.
Miał nadzieję, że jego alkoholowe rumieńce ukryją wstyd, który właśnie ściskał mu żołądek. Żałował, że nie miał już więcej ginu, który pomógłby mu go przełknąć. Nagle znacznie dotkliwiej poczuł swoje upojenie, wszystkie jego ruchy były przecież takie ciężkie i niezgrabne, nie był w stanie dostatecznie panować nad mięśniami swojej twarzy, nad barwą swojego głosu. Tracił kontrolę, zaczynał czuć się jak we śnie. Jak w tamtym śnie.
Brzydził się sobą.
Uśmiechnął się tak, jakby walczył z bólem. Już wiedział, jak może zranić Oleandra tak, aby samemu nie odnieść żadnych szkód. Nie mógł posunąć się zbyt daleko, wszakże chłopak po wszystkim wciąż musiał ufać mu na tyle, żeby spotkać się z nim sam na sam i żeby przyjąć od niego opium. Czuł na sobie paskudny ciężar planu, z naturą którego zmagał się już od tygodni. Mimo wszystko, kryła się w tym wszystkim pewna... ekscytacja.
– Oleander. Przyjemna. Już nie mogę się doczekać żeby zobaczyć co ty zaplanujesz na swoje wesele – To wszystko było takie sztuczne i sztywne, idiotyczne przedstawienie przed cudzoziemką.
– My się dobrze bawiliśmy co prawda. Rozmawialiśmy z jagodą brodzki o jej sztuce. Ona pochodzi z jugosławii więc na pewno w jej dziełach da się znaleźć wiele ciekawych wpływów kulturowych – mówił sucho, wymieniając znaczące (acz martwe) spojrzenie z kobietą. – Swoją drogą chętnie skorzystam z twojego zaproszenia. Świetnie dziś wyglądasz czy włączyłaś może do swojej kreacji jakieś swoje wyroby.
W międzyczasie jego prawa ręka objęła kibić Oleandra, palcami wczepił się w materiał jego dziwacznej marynarki. Jakże żałował, że nie był teraz trzeźwy.