17.07.2024, 20:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.07.2024, 20:57 przez Charlotte Kelly.)
– To miłe, że tak się troszczysz o kwiatki, ale nie zepsuję Blackom ogrodu – zapewniła Charlotte, gdy została przez Jonathana rycersko pociągnięta w tył i osłonięta, jakby była bezbronną niewiastą. W istocie Kelly nie była może najpotężniejszą czarodziejką nie tylko w Anglii, ale nawet w tym ogrodzie – i nie była na pewno jakoś szczególnie wprawiona w sztukach walki. Ale wrodzony brak skrupułów i nabyty brak zahamowań sprawiały, że stawała się dość trudną przeciwniczką. Większość ludzi – może poza zagorzałymi zwolennikami Voldemorta – starała się w walce jednak nie wyrządzić za dużej krzywdy.
Inna sprawa, że ona nie zamierzała walczyć w tym ogrodzie. Nie widziała powodu do zawracania sobie głowy, nawet jeżeli ktoś inny miałby ucierpieć, jak długo nie ucierpiała ona i jej przyjaciele. Może powiadomiłaby obsługę, tak w ramach bycia dobrze funkcjonującym członkiem społeczeństwa, ale to wszystko.
Oczywiście – tak by było, gdyby nie to, że Jonathan wypór do przodu.
– A wy gdzie? Nie nasza chłosta, nie nasze biegające kwiaty, nie nasz i… och, na litość bogów podziemi, co za cholerny Gryfon – stwierdziła z irytacją, ruszając za nimi, bo przecież nie mogła zostawić tej trójki samych. Jonathan był zbyt porywczy, Morpheus nazbyt skłonny do szukania ucieczki przed samym sobą, a Anthony za delikatny, żeby spuszczać ich z oczu w takiej chwili.
Na całe szczęście, na obcasach była dość wysoka, aby zauważyć, co takiego kryło się w szklarni.
I że to coś na dzień dobry zaatakowało Jonathana.
– Johny, nie – syknęła Charlotte, wcale nie chodziło jej w tej chwili o „nie daj się walnąć tej paskudnej roślinie”, a „nie, nie atakuj jej, wyjdźmy stąd po prostu, jeśli Blackowie z jakichś powodów chcą trzymać roślinnego demona w starej szklarni, to nie powinniśmy się w to wtrącać, rody czystej krwi już tak mają, jestem pewna, że Rookwoodowie trzymają w piwnicy jakiegoś wielkiego ogórka, i nawet nie chcę się zastanawiać, co za miłymi uśmiechami ukrywają Longbottomowie”. Jednocześnie chwyciła różdżkę (wcześniej szybko przekładając olejek do kąpieli do lewej ręki) i uniosła ją, chcąc otoczyć ich tarczą.
Inna sprawa, że ona nie zamierzała walczyć w tym ogrodzie. Nie widziała powodu do zawracania sobie głowy, nawet jeżeli ktoś inny miałby ucierpieć, jak długo nie ucierpiała ona i jej przyjaciele. Może powiadomiłaby obsługę, tak w ramach bycia dobrze funkcjonującym członkiem społeczeństwa, ale to wszystko.
Oczywiście – tak by było, gdyby nie to, że Jonathan wypór do przodu.
– A wy gdzie? Nie nasza chłosta, nie nasze biegające kwiaty, nie nasz i… och, na litość bogów podziemi, co za cholerny Gryfon – stwierdziła z irytacją, ruszając za nimi, bo przecież nie mogła zostawić tej trójki samych. Jonathan był zbyt porywczy, Morpheus nazbyt skłonny do szukania ucieczki przed samym sobą, a Anthony za delikatny, żeby spuszczać ich z oczu w takiej chwili.
Na całe szczęście, na obcasach była dość wysoka, aby zauważyć, co takiego kryło się w szklarni.
I że to coś na dzień dobry zaatakowało Jonathana.
– Johny, nie – syknęła Charlotte, wcale nie chodziło jej w tej chwili o „nie daj się walnąć tej paskudnej roślinie”, a „nie, nie atakuj jej, wyjdźmy stąd po prostu, jeśli Blackowie z jakichś powodów chcą trzymać roślinnego demona w starej szklarni, to nie powinniśmy się w to wtrącać, rody czystej krwi już tak mają, jestem pewna, że Rookwoodowie trzymają w piwnicy jakiegoś wielkiego ogórka, i nawet nie chcę się zastanawiać, co za miłymi uśmiechami ukrywają Longbottomowie”. Jednocześnie chwyciła różdżkę (wcześniej szybko przekładając olejek do kąpieli do lewej ręki) i uniosła ją, chcąc otoczyć ich tarczą.
Rzut PO 1d100 - 54
Sukces!
Sukces!