17.07.2024, 21:50 ✶
Rose zdecydowanie nie przypominała anioła, chociaż niektórzy usilnie chcieli, by było inaczej. Nie miała długich blond włosów czy nienagannej figury, obejmującej między innymi wąską talię i szerokie biodra, idealne do rodzenia dzieci. Nie miała jasnobłękitnych, wiecznie roześmianych oczu. Jej usta nie były różowe i pełne. I owszem, Roselyn była piękna ale nie na ten anielski sposób. Słońce miast odbijać się od blond pukli było pochłaniane przez brązowo-czarne kosmyki, zupełnie tak jakby natrafiały na mityczną, czarną dziurę. Jej oczy, chociaż niebieskie, przypominały bardziej burzowe niebo tuż przed tym, jak zostanie zasłonięte gęstymi chmurami, jeszcze sekundy przed tym, jak trzaśnie z nich piorun. Talia, chociaż widoczna, nie była tak uwydatniona przez biodra, które były kościste, skrzętnie maskowane sukniami oraz spódnicami. Czy Roselyn byłaby w stanie w ogóle urodzić dzieci bez bólu? Czy być może nowe życie złamałoby jej miednicę i sprawiło, że wykrwawi się w Mungu, bo nikt i nic nie będzie w stanie jej pomóc, bo przecież czasem ani magia, ani medycyna nie może nic poradzić na to, gdy uprze się Los?
Nie, Roselyn Greengrass zdecydowanie nie była aniołem. Była postacią poboczną, istotą z tła, która była zawsze gdzieś obok, która grała drugie skrzypce. Która pochylała się cała nad książkami, dbając o to, by nie wyciągając za bardzo szyi, bo czuła na karku oddech matki, mówiącej że nie może za bardzo opuszczać ramion, bo nigdy nie znajdzie męża. Ale nie była też diabłem - bo choć przy Antku była bezczelna, nieustępliwa i obcesowa, to Borgin sam doskonale widział, jak dobrze ją wychowano. Tego nie dało się udawać, to była część jej samej, której nigdy nikt nie wypleni.
Narzeczona...
Te słowa jednocześnie ją bawiły, jak i drażniły. Bawiły bo układ, na który przystała, był tak naprawdę szansą na to, by zyskała spokój. Przynajmniej pozorny, bo Thomas Greengrass nie do końca akceptował wybór córki. Ale z drugiej strony czy zaakceptowałby jakikolwiek jej wybór? Była jego światełkiem, gwiazdką, promyczkiem - jego Różą w ogrodzie pełnym chwastów, jego spuścizną, która miała przejąć schedę wbrew skostniałym zasadom, że to mężczyźni powinni piastować pewne stanowiska. Oczywiście, że się to zmieniało, wszak magiczna społeczność posiadała Ministrę, nie Ministra, ale na Matkę... Nie każdy rozumował tak jak większość, szczególnie stare i szanowane rody.
- Oczywiście, że to nie jest miejsce dla mnie - odpowiedziała, z premedytacją ignorując większą część jego wypowiedzi. Z wielką ochotą zignorowałaby również to muśnięcie warg, które złożył na jej dłoni, ale nie potrafiła, bo gdy tylko poczuła jego ciepły oddech, mimowolnie odwróciła wzrok. Nie z obrzydzenia, bo gdyby się go brzydziła, to przecież wyrwałaby rękę i wymyśliła jakąś wymówkę, czemu nie chce tego dotyku. Nie odważyłaby się go spoliczkować wśród ludzi, a ci byli i zerkali, nawet jeśli nie nachalnie. W końcu to nie było miejsce dla niej. Pozwoliła więc Anthony'emu na ten gest, nie patrząc mu jednak w oczy - wzrok miała wbity w kelnerkę, która właśnie od nich odchodziła. Drugą dłonią stukała lekko papierosem o torebkę. - Róża ma wiele znaczeń, Anthony, lecz chyba żadnym z nich nie jest nowy rozdział w życiu. Może to być piękno, doskonałość lub próżność, ale wśród różnych wierzeń jest to także męczeństwo.
Celowo pominęła biblijne znaczenie róży, którą było zarówno przebaczenie, jak i zmartwychwstanie, żeby przypadkiem Borgin nie wziął tego za potwierdzenie swoich słów. Bo przecież nie mogła mu przyznać racji. W końcu Rose zdecydowała się na odpalenie papierosa, którego rolowała między palcami. Wyjątkowo pozwoliła na to mężczyźnie, zamiast sięgać po swoją zapalniczkę.
- Kim bym była, gdybym zostawiła narzeczonego w potrzebie? - odpowiedziała cicho, mrużąc nieco oczy, gdy dym przesłonił jej na chwilę twarz. - Żaden mnie jeszcze nie nawiedził. Być może moje przewinienia są mniejsze niż twoje.
Skłamała gładko, bo przecież to nie była prawda. Czasem nawiedzały ją koszmary. Mniej lub bardziej przerażające. Przypominające o tym, co robiła i jak robiła. Nie była aniołem i zdecydowanie nie była święta, ale w porównaniu z Anthonym była całkiem niewinna. Drobne przywłaszczanie przedmiotów czy wpływanie na innych przy pomocy swoich umiejętności to było nic. Milczała chwilę - milczała też, gdy kelnerka przyniosła ich zamówienie. Jednak gdy tylko odeszła, Rose sięgnęła po szklankę Antka.
- Nie uważasz, że twój umysł ma już dość alkoholu? - zapytała z pozorną troską, lecz w jej oczach czaiła się uważność. Nie każdy lubił, gdy zabierano mu alkohol i była tego świadoma, ale Borgin miał już chyba zdecydowanie dosyć procentów na dzisiaj.
Nie, Roselyn Greengrass zdecydowanie nie była aniołem. Była postacią poboczną, istotą z tła, która była zawsze gdzieś obok, która grała drugie skrzypce. Która pochylała się cała nad książkami, dbając o to, by nie wyciągając za bardzo szyi, bo czuła na karku oddech matki, mówiącej że nie może za bardzo opuszczać ramion, bo nigdy nie znajdzie męża. Ale nie była też diabłem - bo choć przy Antku była bezczelna, nieustępliwa i obcesowa, to Borgin sam doskonale widział, jak dobrze ją wychowano. Tego nie dało się udawać, to była część jej samej, której nigdy nikt nie wypleni.
Narzeczona...
Te słowa jednocześnie ją bawiły, jak i drażniły. Bawiły bo układ, na który przystała, był tak naprawdę szansą na to, by zyskała spokój. Przynajmniej pozorny, bo Thomas Greengrass nie do końca akceptował wybór córki. Ale z drugiej strony czy zaakceptowałby jakikolwiek jej wybór? Była jego światełkiem, gwiazdką, promyczkiem - jego Różą w ogrodzie pełnym chwastów, jego spuścizną, która miała przejąć schedę wbrew skostniałym zasadom, że to mężczyźni powinni piastować pewne stanowiska. Oczywiście, że się to zmieniało, wszak magiczna społeczność posiadała Ministrę, nie Ministra, ale na Matkę... Nie każdy rozumował tak jak większość, szczególnie stare i szanowane rody.
- Oczywiście, że to nie jest miejsce dla mnie - odpowiedziała, z premedytacją ignorując większą część jego wypowiedzi. Z wielką ochotą zignorowałaby również to muśnięcie warg, które złożył na jej dłoni, ale nie potrafiła, bo gdy tylko poczuła jego ciepły oddech, mimowolnie odwróciła wzrok. Nie z obrzydzenia, bo gdyby się go brzydziła, to przecież wyrwałaby rękę i wymyśliła jakąś wymówkę, czemu nie chce tego dotyku. Nie odważyłaby się go spoliczkować wśród ludzi, a ci byli i zerkali, nawet jeśli nie nachalnie. W końcu to nie było miejsce dla niej. Pozwoliła więc Anthony'emu na ten gest, nie patrząc mu jednak w oczy - wzrok miała wbity w kelnerkę, która właśnie od nich odchodziła. Drugą dłonią stukała lekko papierosem o torebkę. - Róża ma wiele znaczeń, Anthony, lecz chyba żadnym z nich nie jest nowy rozdział w życiu. Może to być piękno, doskonałość lub próżność, ale wśród różnych wierzeń jest to także męczeństwo.
Celowo pominęła biblijne znaczenie róży, którą było zarówno przebaczenie, jak i zmartwychwstanie, żeby przypadkiem Borgin nie wziął tego za potwierdzenie swoich słów. Bo przecież nie mogła mu przyznać racji. W końcu Rose zdecydowała się na odpalenie papierosa, którego rolowała między palcami. Wyjątkowo pozwoliła na to mężczyźnie, zamiast sięgać po swoją zapalniczkę.
- Kim bym była, gdybym zostawiła narzeczonego w potrzebie? - odpowiedziała cicho, mrużąc nieco oczy, gdy dym przesłonił jej na chwilę twarz. - Żaden mnie jeszcze nie nawiedził. Być może moje przewinienia są mniejsze niż twoje.
Skłamała gładko, bo przecież to nie była prawda. Czasem nawiedzały ją koszmary. Mniej lub bardziej przerażające. Przypominające o tym, co robiła i jak robiła. Nie była aniołem i zdecydowanie nie była święta, ale w porównaniu z Anthonym była całkiem niewinna. Drobne przywłaszczanie przedmiotów czy wpływanie na innych przy pomocy swoich umiejętności to było nic. Milczała chwilę - milczała też, gdy kelnerka przyniosła ich zamówienie. Jednak gdy tylko odeszła, Rose sięgnęła po szklankę Antka.
- Nie uważasz, że twój umysł ma już dość alkoholu? - zapytała z pozorną troską, lecz w jej oczach czaiła się uważność. Nie każdy lubił, gdy zabierano mu alkohol i była tego świadoma, ale Borgin miał już chyba zdecydowanie dosyć procentów na dzisiaj.