Odkąd okazało się, że nie ma drygu do magitechnologii i wynalazków, jak jego matka, ani do walki i tężyzny fizycznej, Morpheus wiedział, że będzie musiał znaleźć swoją własną drogę. Kradł słowa Anthony'ego, gdy byli w szkole i znajdował piękne ułożenia dla nich, najpierw na papierze, a później na głos, a pośród nich było znamienne Departament Tajemnic. Gdy tylko usłyszał po raz pierwszy od opiekuna domu Roweny Ravenclaw o tym, jak wygórowane są wymagania, aby się do niego w ogóle dostać, zaprojektował całą ścieżkę swojej kariery. Gdzieś w pewnym momencie w tych planach rozbłysnęła złocista gwiazda, lecz w perspektywie, tak samo szybko zasnęła i przestała ogrzewać zalane srebrem i błękitem kamienie traktu.
— Tylko żebyś nie pytał. To nie moje sekrety. Pewnie pojawią się momenty, gdy będę potrzebował przysługi dla kogoś, kogoś dziwnego, spoza naszego zwykłego towarzystwa. I wtedy nie pytaj.
Zapalił papierosa. Miał termin ważności; krótki i powoli zbliżał się ku tej dacie. Paczka papierosów w tę czy w tamtą nie robiła mu różnicy. W przeciwieństwie do Shafiq'a czy swojego ojca, nie szukał dobrych blendów cygar, smaków i wyjątkowych mieszanek, chociaż gdy otrzymywał takie, nie odmawiał i wyczuwał różnicę. Na co dzień jednak palił parszywe, popularne papierosy z kartonika, niejednokrotnie zgniecionego w pośpiechu. Pachniał zawsze odrobinę czarną magią, a przynajmniej tak mogło się wydawać tym, który kojarzyli jej woń, gdy kradło się jej woń.
— Ostatecznie może być tak, że prędzej będą chcieli zamknąć mnie w Azkabanie niż umrę. Nie stoję na pierwszej linii. Powiedziałbym nawet, że niskie jest prawdopodobieństwo, że zaatakują mnie tak ogólnie, ale po Derwinie ciężko powiedzieć. Bogowie są szaleni. Nie zajmuje sobie swojej ślicznej głowy tym. Powiem ci, jeśli będzie źle.
W nerwowej prostocie słów wychodziła niepewność swojej pozycji w świecie, która już dawno nie męczyła go w żadnym zakresie. Grecja miała go wyciszyć i jednocześnie tak było, ale też działo się coś innego. Zamrożone opowieści powoli topiły się w wewnętrznym ogniu Morpheusa w zatwarzającym tępie. Nowa bestia wyłaniała się w spojrzeniu. Ta, której rzekomo pozbył się dawno temu, agresywna i nienasycona.
Samotny wilk umiera, lecz wataha przetrwa. I on właśnie w pełni do jednej dołączył. Przestał żywic się na granicy światła. Czarne futro, posrebrzone czasem, wyznaczał trasę okiem wyrytym na czole, powolne kroki, nadając rytm, pozwalając dotychczasowym liderom na chwilę odpoczynku. Tutaj jestem, tutaj pozostanę. Jako kamień. Jako wybielone słońcem kości. Jako energia, która scali dusze po jego śmierci, bo będzie żył w Antoniuszu, bo jego Anam Cara i on to jedno.
Wyciągnął rękę w stronę Anthony'ego, aby zahaczyć ich dłonie o siebie. Byli jednym. Może dlatego Antoniusz nie potrzebował różdżki. Wystarczyła im jedna.