17.07.2024, 22:19 ✶
Czy zdążyłby się ewakuować? Czy chciałby tego, bo przecież wśród niego na pewno musiało krążyć wiele lepszych partii niż Camille Delacour, która być może i była czystej krwi, być może i była piękna, ale wciąż była wyłącznie uzdrowicielem. Czyżby to zazdrość przemawiała przez kobietę? A może gdzieś w głębi duszy Camille wcale nie była tak pewna siebie, jak pokazywała światu? Chociaż równie dobrze jej słowa o wianuszku wielbicielek nie musiały mieć żadnego podtekstu.
- Ranisz mnie, Laurence. Uważasz, że byłabym do tego zdolna? - jedna z jej jasnych brwi uniosła się nieco, a w oczach odbiło się niezadowolenie. Zaufałem ci. A czyż ona nie zaufała mu, gdy oddała mu ciało i duszę, którą strzaskał wybierając aranżowane małżeństwo i płodząc potomka z kimś innym? Blondynka potrząsnęła głową, odpędzając te natrętne myśli. Wybaczyła mu, lecz czy zapomni? I jak ona by postąpiła, będąc na jego miejscu? Czyż nie tak samo, mimo że tak wciąż powtarzała, że płynie pod prąd?
Nie zamierzała jednak ciągnąć tego tematu, chociaż kusiło. Cisza, która panowała w pomieszczeniu, była dojmująca i niosła ze sobą coś grobowego, nieprzyjemnego. Nie panował tu jednak nieprzyjemny fetor, nie było zaduchu. Było po prostu... Grobowo. Chłodno mimo pory roku. Gdy nacisnęła dzwonek, dźwięczny ton poniósł się i zgubił wśród materiałów, a zaraz tak samo zgubił się głos Lestrange'a. Odpowiedziała im, a jakże, cisza.
- Być może mugol miałby więcej respektu - mruknęła ni to do mężczyzny, ni to do siebie, wyraźnie niezadowolona z faktu, że przyszło im czekać. Nie czekając więc dłużej, bo to uwłaczało jej godności, zrobiła kilka kroków w stronę jednej z kilku par drzwi, które były w sali. Jej obcasy stukały - niby spokojnie, lecz przypominało to ciszę przed burzą.
Gdy miała naciskać klamkę, zza innych drzwi coś stuknęło. Wbrew oczekiwaniom jednak nikt zza nich nie wyszedł. Delacour spojrzała na swojego towarzysza, unosząc brwi. Dziwne to wszystko było, ale... Może ktoś potrzebował pomocy?
- Ranisz mnie, Laurence. Uważasz, że byłabym do tego zdolna? - jedna z jej jasnych brwi uniosła się nieco, a w oczach odbiło się niezadowolenie. Zaufałem ci. A czyż ona nie zaufała mu, gdy oddała mu ciało i duszę, którą strzaskał wybierając aranżowane małżeństwo i płodząc potomka z kimś innym? Blondynka potrząsnęła głową, odpędzając te natrętne myśli. Wybaczyła mu, lecz czy zapomni? I jak ona by postąpiła, będąc na jego miejscu? Czyż nie tak samo, mimo że tak wciąż powtarzała, że płynie pod prąd?
Nie zamierzała jednak ciągnąć tego tematu, chociaż kusiło. Cisza, która panowała w pomieszczeniu, była dojmująca i niosła ze sobą coś grobowego, nieprzyjemnego. Nie panował tu jednak nieprzyjemny fetor, nie było zaduchu. Było po prostu... Grobowo. Chłodno mimo pory roku. Gdy nacisnęła dzwonek, dźwięczny ton poniósł się i zgubił wśród materiałów, a zaraz tak samo zgubił się głos Lestrange'a. Odpowiedziała im, a jakże, cisza.
- Być może mugol miałby więcej respektu - mruknęła ni to do mężczyzny, ni to do siebie, wyraźnie niezadowolona z faktu, że przyszło im czekać. Nie czekając więc dłużej, bo to uwłaczało jej godności, zrobiła kilka kroków w stronę jednej z kilku par drzwi, które były w sali. Jej obcasy stukały - niby spokojnie, lecz przypominało to ciszę przed burzą.
Gdy miała naciskać klamkę, zza innych drzwi coś stuknęło. Wbrew oczekiwaniom jednak nikt zza nich nie wyszedł. Delacour spojrzała na swojego towarzysza, unosząc brwi. Dziwne to wszystko było, ale... Może ktoś potrzebował pomocy?