17.07.2024, 22:33 ✶
- Nie przejmuj się.- Machnęła tylko ręką. I na przeprosiny i na podziękowanie przy okazji. Na szczęście nie zdążył poczynić żadnych szkód, o które mogłaby się zezłościć.
lorien robiła to co robić potrafiła najlepiej - czekała i obserwowała. Nie naciskała na rozmowę, dawała przestrzeń do namyślenia się i zastanowienia “co dalej”.
Znów odetchnęła z ulgą, gdy potwierdził, że zajmie się najpilniejszą kwestią.
Nie zaproponowała, że z nim wróci do domu. Z dwóch wyjątkowo prostych powodów - po pierwsze: była w pełni świadoma jaka będzie reakcja męża. Nie chciała przy tym być; nie chciała zostać postawiona przed wyborami, które mogły doprowadzić do kompletnego rozbicia rodziny. Bo to, że Richardowi przyjdzie wybrać między synem, a bratem zdawało się być oczywiste. Po drugie: po prostu nie miała na to czasu. Ten który wyodrębniła kurczył się nieubłaganie, a następne godziny spędzi zamknięta w salce Wizengamotu słuchając argumentów za i przeciw oskalpowaniu nieszczęsnej Renesmee Black. Myślami cały czas wracając do tych przeklętych świeczek.
Wciąż jeszcze mieli jednak chwilę.
- Richard.- Próbowała zwrócić na siebie jego uwagę czymś grzeczniejszym niż pstryknięcie palcami. Więc słowa musiały wystarczyć.- To nie działalność czy jej brak jest problemem. Gdybyśmy mieli zamykać każdego dzieciaka, który chwali się, że sprzedaje jakieś wyroby za bezcen, Anglia byłaby jedynym w historii krajem z czarnym rynkiem stoisk z lemoniadą.
Sytuacja Sophie i Charlie’go była kompletnie różna z punktu widzenia Ministerstwa, choć znała i takich w Departamencie Skarbu, którzy i tak kręciliby nosem. Jedno podpisało daleko idące umowy z Prewettami, drugie… reklamowało świeczki w gazecie.
Ale czuła, że może mu to nie dać spokoju. Nawet jeśli ona sama podejrzewała, że Charles nie zdążyłby tego wszystkiego załatwić, to stać ją jeszcze było na jeden, miły gest.
- Wypiszę ci glejt dla dziewczyn z Biura Kontroli, aby udzieliły informacji czy Charlie kiedykolwiek się u nich pojawił.- Westchnęła. Obeszła powoli biurko, zasiadając na swoim miejscu. Wyjątkowo na blacie nie piętrzyły się żadne sterty akt, więc nawet miał szansę obserwować jej ruchy.- Ale jest sobota. Naprawdę nie nastawiałabym się, że cokolwiek u nich dziś załatwisz. Musisz z tym zaczekać do poniedziałku.
Mimo wszystko sięgnęła po czysty kawałek pergaminu. Zamoczyła stalówkę pięknego połyskującego odcieniami metalicznego błękitu i kobaltu pióra, własnego pióra, w atramencie. Ciszę zamiast słów wypełniło wpierw nerwowe skrobanie na papierze, a potem charakterystyczne uderzenie towarzyszące przybiciu pieczęci lakowej. Nie podała mu jeszcze dokumentu pozwalając, aby tusz i wosk zastygły.
- Czy…- Zamilkła, zastanawiając się w jakie słowa ubrać następną myśl.- chcesz usłyszeć co powinniśmy zrobić w tej sprawie? Zanim ten skandal wykończy nas wszystkich?- To co chciała powiedzieć nie było miłe. Nie było prawdopodobnie nawet fair w stosunku do dziecka, które po prostu popełniło błąd. Niewybaczalny, ale wciąż błąd. Dlatego dała szwagrowi uczciwą szansę na powiedzenie “nie”. Skinęła przy tym lekko głową w stronę otwartej butelki jakby chciała mu dać znać, żeby sobie dolał. Ponoć po alkoholu łatwiej połykało się gorycz porażki.
lorien robiła to co robić potrafiła najlepiej - czekała i obserwowała. Nie naciskała na rozmowę, dawała przestrzeń do namyślenia się i zastanowienia “co dalej”.
Znów odetchnęła z ulgą, gdy potwierdził, że zajmie się najpilniejszą kwestią.
Nie zaproponowała, że z nim wróci do domu. Z dwóch wyjątkowo prostych powodów - po pierwsze: była w pełni świadoma jaka będzie reakcja męża. Nie chciała przy tym być; nie chciała zostać postawiona przed wyborami, które mogły doprowadzić do kompletnego rozbicia rodziny. Bo to, że Richardowi przyjdzie wybrać między synem, a bratem zdawało się być oczywiste. Po drugie: po prostu nie miała na to czasu. Ten który wyodrębniła kurczył się nieubłaganie, a następne godziny spędzi zamknięta w salce Wizengamotu słuchając argumentów za i przeciw oskalpowaniu nieszczęsnej Renesmee Black. Myślami cały czas wracając do tych przeklętych świeczek.
Wciąż jeszcze mieli jednak chwilę.
- Richard.- Próbowała zwrócić na siebie jego uwagę czymś grzeczniejszym niż pstryknięcie palcami. Więc słowa musiały wystarczyć.- To nie działalność czy jej brak jest problemem. Gdybyśmy mieli zamykać każdego dzieciaka, który chwali się, że sprzedaje jakieś wyroby za bezcen, Anglia byłaby jedynym w historii krajem z czarnym rynkiem stoisk z lemoniadą.
Sytuacja Sophie i Charlie’go była kompletnie różna z punktu widzenia Ministerstwa, choć znała i takich w Departamencie Skarbu, którzy i tak kręciliby nosem. Jedno podpisało daleko idące umowy z Prewettami, drugie… reklamowało świeczki w gazecie.
Ale czuła, że może mu to nie dać spokoju. Nawet jeśli ona sama podejrzewała, że Charles nie zdążyłby tego wszystkiego załatwić, to stać ją jeszcze było na jeden, miły gest.
- Wypiszę ci glejt dla dziewczyn z Biura Kontroli, aby udzieliły informacji czy Charlie kiedykolwiek się u nich pojawił.- Westchnęła. Obeszła powoli biurko, zasiadając na swoim miejscu. Wyjątkowo na blacie nie piętrzyły się żadne sterty akt, więc nawet miał szansę obserwować jej ruchy.- Ale jest sobota. Naprawdę nie nastawiałabym się, że cokolwiek u nich dziś załatwisz. Musisz z tym zaczekać do poniedziałku.
Mimo wszystko sięgnęła po czysty kawałek pergaminu. Zamoczyła stalówkę pięknego połyskującego odcieniami metalicznego błękitu i kobaltu pióra, własnego pióra, w atramencie. Ciszę zamiast słów wypełniło wpierw nerwowe skrobanie na papierze, a potem charakterystyczne uderzenie towarzyszące przybiciu pieczęci lakowej. Nie podała mu jeszcze dokumentu pozwalając, aby tusz i wosk zastygły.
- Czy…- Zamilkła, zastanawiając się w jakie słowa ubrać następną myśl.- chcesz usłyszeć co powinniśmy zrobić w tej sprawie? Zanim ten skandal wykończy nas wszystkich?- To co chciała powiedzieć nie było miłe. Nie było prawdopodobnie nawet fair w stosunku do dziecka, które po prostu popełniło błąd. Niewybaczalny, ale wciąż błąd. Dlatego dała szwagrowi uczciwą szansę na powiedzenie “nie”. Skinęła przy tym lekko głową w stronę otwartej butelki jakby chciała mu dać znać, żeby sobie dolał. Ponoć po alkoholu łatwiej połykało się gorycz porażki.