18.07.2024, 00:17 ✶
- Byłabyś wspaniałym bobrem - dodał tylko, mocno niezgrabnie, jakby chciał jej dodać otuchy. Pewnie i chciał, ale cholera jasna, to był Aidan - nie potrafił w czułe słówka, nie potrafił pocieszać. Wiedział tylko tyle, że jakby ktoś na nią się krzywo spojrzał, gdyby ktoś odważył się skomentować jej stan, to przeżyłby bliskie spotkanie z jego pięścią. Ewentualnie butem lub dwoma.
I dlatego że tak się o nią troszczył (a też dlatego, że przecież nie mógł pozwolić, by kobieta w jego towarzystwie została skrzywdzona, obojętnie kim była), tak bardzo się wystraszył. I pewnie sam nigdy by tego nie powiedział na głos, bo był przecież pozerem i to jednym z większych na tym świecie, ale taka była prawda. Na ułamek sekundy serce mu stanęło, a krew odpłynęła z twarzy. Czy gdyby nie pracował w Brygadzie Uderzeniowej, to byłby w stanie tak szybko zareagować? Czy to może było podyktowane nie jego refleksem, a po prostu jakąś troską lub też - o zgrozo - siłami bogów, w których przecież wszyscy wierzyli? Mniejsza o to: fakt był jeden i niezaprzeczalny. Złapał ją, przycisnął do siebie i upewnił się, że była bezpieczna. Być może nabije jej siniaki na ramionach, ale lepsze to niż skręcony kark. Bo pomimo tego, że była Zimna, to wciąż mogła umrzeć. A nawet jeśli, to nie chciał być tym, który będzie eksperymentował na swojej kuzynce i to w takim miejscu.
- To może lepiej nie myśl? Nie zabrałem cię tu po to, żebyś myślała. Wręcz przeciwnie - powiedział już łagodniej, raz jeszcze sprawdzając, czy z kuzynką wszystko w porządku. - No... Idziemy. Ale nie leć już więcej sama.
Na wszelki wypadek nie puszczał jej tak całkowicie, a owinął rękę wokół talii. Z kilku powodów, ale tym najważniejszym było to, żeby Vika znowu się "nie zamyśliła". Drugim było to, że jak tylko zeszli po schodach na dół, to napotkali drzwi. A za drzwiami...
Odkryj wiadomość pozafabularną
Otoczyły ich światła. Światła tandetne, kolorowe i niezwykle jasne, ostre. Sprawiające, że wzrok zaczynał sam pląsać, a powieki chciały same się zacisnąć, byleby tylko nie dopuścić do siebie więcej mrugania. Lecz jeżeli tylko właściciel im na to nie pozwolił, a zmusił do przyzwyczajenia się, mogli powoli dostrzegać kolejne szczegóły.
Sieć splątanych ciał, wijących się na parkiecie w akompaniamencie tandety. Smród papierosów i marihuany, a także czegoś jeszcze, co ciężko było zidentyfikować, lecz wyraźnie widać było lufki i wielkie shishe na stolikach przy ścianach. Alkohol, który dosłownie lał się strumieniami - z ogromnej fontanny w strefie VIP, do której podchodziły i kobiety, i mężczyźni, z kuflami bądź bez. Nie robiło im to większej różnicy, czy trunek leje się do naczynia, czy wprost do gardeł.
Tandetna, ale skoczna muzyka. Papierosy podawane z rąk do rąk, dym przekazywany z ust do ust. Kolorowe, tańczące światła, sztuczna, magiczna mgła, pokrywająca parkiet i wznosząca się do kolan tańczących. Latające kule dyskotekowe, które były oświetlane magicznymi promieniami. I typowo mugolskie rozwiązania, takie jak DJ, który stał za stołem i nie używał różdżki, a przy pomocy dłoni przesuwał wielkie płyty, sprawiając że dźwięk łamał się i nie pozwalał na chwilę wytchnienia.
Żaden czarodziej nie miał na sobie szaty. Wszyscy ubrani byli w sukienki, garnitury czy koszule. Rozpięte, rozchełstane, podwinięte. Tańczyli z papierosami, alkoholem w dłoniach. Krzyczeli do słów piosenki, której nigdy nie słyszeli. Lwia część z nich miała kolorowe okulary.
- Tam jest bar - Aidan nachylił się, by przekrzyczeć magicznie wygłuszoną muzykę, której nie słyszeli z zewnątrz. Bar stał po drugiej stronie parkietu, szampan i wino lały się praktycznie same. Latające kufle podrygiwały w takt muzyki, trafiając za kolejne monety do rąk starszych i młodszych członków magicznej społeczności. I wbrew pozorom wiele z osób przy barmanie nie było ubranych inaczej, niż Victoria. Z tym, że po odebraniu zamówienia kierowali się do drzwi z ochroniarzem.
I dlatego że tak się o nią troszczył (a też dlatego, że przecież nie mógł pozwolić, by kobieta w jego towarzystwie została skrzywdzona, obojętnie kim była), tak bardzo się wystraszył. I pewnie sam nigdy by tego nie powiedział na głos, bo był przecież pozerem i to jednym z większych na tym świecie, ale taka była prawda. Na ułamek sekundy serce mu stanęło, a krew odpłynęła z twarzy. Czy gdyby nie pracował w Brygadzie Uderzeniowej, to byłby w stanie tak szybko zareagować? Czy to może było podyktowane nie jego refleksem, a po prostu jakąś troską lub też - o zgrozo - siłami bogów, w których przecież wszyscy wierzyli? Mniejsza o to: fakt był jeden i niezaprzeczalny. Złapał ją, przycisnął do siebie i upewnił się, że była bezpieczna. Być może nabije jej siniaki na ramionach, ale lepsze to niż skręcony kark. Bo pomimo tego, że była Zimna, to wciąż mogła umrzeć. A nawet jeśli, to nie chciał być tym, który będzie eksperymentował na swojej kuzynce i to w takim miejscu.
- To może lepiej nie myśl? Nie zabrałem cię tu po to, żebyś myślała. Wręcz przeciwnie - powiedział już łagodniej, raz jeszcze sprawdzając, czy z kuzynką wszystko w porządku. - No... Idziemy. Ale nie leć już więcej sama.
Na wszelki wypadek nie puszczał jej tak całkowicie, a owinął rękę wokół talii. Z kilku powodów, ale tym najważniejszym było to, żeby Vika znowu się "nie zamyśliła". Drugim było to, że jak tylko zeszli po schodach na dół, to napotkali drzwi. A za drzwiami...
Otoczyły ich światła. Światła tandetne, kolorowe i niezwykle jasne, ostre. Sprawiające, że wzrok zaczynał sam pląsać, a powieki chciały same się zacisnąć, byleby tylko nie dopuścić do siebie więcej mrugania. Lecz jeżeli tylko właściciel im na to nie pozwolił, a zmusił do przyzwyczajenia się, mogli powoli dostrzegać kolejne szczegóły.
Sieć splątanych ciał, wijących się na parkiecie w akompaniamencie tandety. Smród papierosów i marihuany, a także czegoś jeszcze, co ciężko było zidentyfikować, lecz wyraźnie widać było lufki i wielkie shishe na stolikach przy ścianach. Alkohol, który dosłownie lał się strumieniami - z ogromnej fontanny w strefie VIP, do której podchodziły i kobiety, i mężczyźni, z kuflami bądź bez. Nie robiło im to większej różnicy, czy trunek leje się do naczynia, czy wprost do gardeł.
Tandetna, ale skoczna muzyka. Papierosy podawane z rąk do rąk, dym przekazywany z ust do ust. Kolorowe, tańczące światła, sztuczna, magiczna mgła, pokrywająca parkiet i wznosząca się do kolan tańczących. Latające kule dyskotekowe, które były oświetlane magicznymi promieniami. I typowo mugolskie rozwiązania, takie jak DJ, który stał za stołem i nie używał różdżki, a przy pomocy dłoni przesuwał wielkie płyty, sprawiając że dźwięk łamał się i nie pozwalał na chwilę wytchnienia.
Żaden czarodziej nie miał na sobie szaty. Wszyscy ubrani byli w sukienki, garnitury czy koszule. Rozpięte, rozchełstane, podwinięte. Tańczyli z papierosami, alkoholem w dłoniach. Krzyczeli do słów piosenki, której nigdy nie słyszeli. Lwia część z nich miała kolorowe okulary.
- Tam jest bar - Aidan nachylił się, by przekrzyczeć magicznie wygłuszoną muzykę, której nie słyszeli z zewnątrz. Bar stał po drugiej stronie parkietu, szampan i wino lały się praktycznie same. Latające kufle podrygiwały w takt muzyki, trafiając za kolejne monety do rąk starszych i młodszych członków magicznej społeczności. I wbrew pozorom wiele z osób przy barmanie nie było ubranych inaczej, niż Victoria. Z tym, że po odebraniu zamówienia kierowali się do drzwi z ochroniarzem.