18.07.2024, 07:21 ✶
Zawsze była niereformowalna. Nie chodziło tylko o to, co robił z nią Louvain, ale o wszystko czego się w życiu podejmowała. Jego kary były krótkotrwałe. Bolały, ale nie przebijały się przez jakąś dziwną barierę, która znajdowała się gdzieś pod skórą i uodparniając na wszystko, co stałoby w opozycji do jej własnych zachcianek. Może właśnie dlatego ją samą dziwiło to, jak Louvain zdawał się niezmiennie wierzyć w to, że cokolwiek się zmieni. Potrafiła być cudowną ofiarą, owszem, ale zawsze czegoś w tym wszystkim brakowało. Zawsze nie oddawała mu się do końca i zawsze, nawet jeśli ledwo zauważalnie, sprzeciwiała mu się w jakiś sposób.
Patrzyła na niego, kiedy zatrzymali się przy parkiecie, czekając aż grająca piosenka wybrzmi. Tak samo, delikatnie zwracała ku niemu głowę, kiedy postanowił się podzielić jakimiś swoimi żalami, chociaż jego słowa w tym momencie niewiele jej w ogóle mówiły. Wreszcie też, podała mu rękę kiedy melodia ucichła, pozwalając nowym parom wkroczyć na parkiet, gdzie sami zajęli miejsce.
Uniosła delikatnie brwi, kiedy wspomniał o ich umowie, jasno sugerując mu, że niezbyt wiedziała co w tym momencie miał na myśli, a niestety, jasnowidzem to ona akurat nie była. Ale kiedy tylko przeszedł do sedna, jej twarzy wykrzywił brzydki wyraz niezadowolenia.
- A jakie to ma znaczenie? Wzięli ślub w jakimś cygańskim wozie na końcu świata. Nie sądziłam że takie niewiążące umowy kogokolwiek obchodzą. Że ciebie będą jakkolwiek te bzdury interesować - była niezadowolona, ale nie dlatego że miał do niej pretensje, a dlatego że w ogóle wywlekał na wierzch ten temat. Loretta w te bzdury na pewno nie wierzyła, więc według McKinnon to jednocześnie był i nie był problem. Bolał ją ten ślub i był jej solą w oku bo to jej się należał. Nie dbała o niego, bo przynajmniej jedna osoba która tamtej nocy zawarła ten związek, najpewniej go nie uznawała. W oczach wszystkich innych to był dziwny, osobliwy wybryk znudzonej panny z socjety. Godny pogardy, ale z drugiej strony mowa tu była przecież o pannie Lestrange - nieformalny ślub był najmniejszą z jej wad.
Patrzyła na niego, kiedy zatrzymali się przy parkiecie, czekając aż grająca piosenka wybrzmi. Tak samo, delikatnie zwracała ku niemu głowę, kiedy postanowił się podzielić jakimiś swoimi żalami, chociaż jego słowa w tym momencie niewiele jej w ogóle mówiły. Wreszcie też, podała mu rękę kiedy melodia ucichła, pozwalając nowym parom wkroczyć na parkiet, gdzie sami zajęli miejsce.
Uniosła delikatnie brwi, kiedy wspomniał o ich umowie, jasno sugerując mu, że niezbyt wiedziała co w tym momencie miał na myśli, a niestety, jasnowidzem to ona akurat nie była. Ale kiedy tylko przeszedł do sedna, jej twarzy wykrzywił brzydki wyraz niezadowolenia.
- A jakie to ma znaczenie? Wzięli ślub w jakimś cygańskim wozie na końcu świata. Nie sądziłam że takie niewiążące umowy kogokolwiek obchodzą. Że ciebie będą jakkolwiek te bzdury interesować - była niezadowolona, ale nie dlatego że miał do niej pretensje, a dlatego że w ogóle wywlekał na wierzch ten temat. Loretta w te bzdury na pewno nie wierzyła, więc według McKinnon to jednocześnie był i nie był problem. Bolał ją ten ślub i był jej solą w oku bo to jej się należał. Nie dbała o niego, bo przynajmniej jedna osoba która tamtej nocy zawarła ten związek, najpewniej go nie uznawała. W oczach wszystkich innych to był dziwny, osobliwy wybryk znudzonej panny z socjety. Godny pogardy, ale z drugiej strony mowa tu była przecież o pannie Lestrange - nieformalny ślub był najmniejszą z jej wad.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror