18.07.2024, 08:55 ✶
Florence nie była osobą łatwo ulegająca emocjom. Jej aura, oglądana oczyma aurowidza, zwykle była spokojna, niepodatna na gwałtowne zmiany kolorów, równie spokojna, jak sama Bulstrode. Nie oznaczało to jednak, że irytacja, strach i zmartwienie nie miały SO niej przystępu - była w końcu człowiekiem, nie jakąś mugolską maszyną. Wbrew temu, co sądził zapewne taki Cameron Lupin.
Próbowała nad nimi panować, bo taka była jej natura, i bo wiedziała, że krzykiem niewiele załatwi. Wrzaski i obrażanie się mogły w przeszłości tylko sprawić, że "jej chłopcy" zamkną się w sobie, i odsuną, a teraz że poczują, że nie traktuje ich jak dorosłych.
- Nie miałam pojęcia, że klinika poszerzyła zakres usług o poszukiwanie zaginionych - powiedziała więc jedynie, opuszczając ręce. Ton głosu nie pozostawiał jednak wątpliwości: Florence miała na ten temat Opinię. Konieczne z wielkiej litery. Na przykład taką, że jej kuzyn nigdy nie powinien znaleźć się w tym lesie, a zachować jak rozsądny uzdrowiciel i czekać aż ktoś będzie potrzebował jego pomocy. - Zawsze wzywano mnie dopiero, kiedy taki został odnaleziony. Cieszę się, że żyjesz, Basiliusie. Matka bez wątpienia miała cię w opiece.
To że żył to był prawdziwy cud. Słyszała o nieumarłych. I o tym, co rośliny zrobiły z Robertsem. O trytonach w jeziorze. Niektóre pogłoski pewnie były przesadzone, inne z kolei nie Windermere skrywało wiele mrocznych tajemnic. Co takiego tkwiło w tej prewettowskiej krwi, że nawet zwykle zrównoważony Basilius czasem po prostu nie mógł się powstrzymać? Tak, Florence potrafiła zaryzykować, ale… głównie dla pacjentów i gdy komuś krzywda działa się na jej oczach. Nie szukała przygód.
– Skrzat kończy szykowanie posiłku – westchnęła w końcu, przejmując rzeczy, by nie stal z nimi tak wyciągniętymi wciąż ku niej. – Pójdę zobaczyć, jak mu idzie. Powiedziałabym, że chętnie posłucham całej historii, ale nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć.
Próbowała nad nimi panować, bo taka była jej natura, i bo wiedziała, że krzykiem niewiele załatwi. Wrzaski i obrażanie się mogły w przeszłości tylko sprawić, że "jej chłopcy" zamkną się w sobie, i odsuną, a teraz że poczują, że nie traktuje ich jak dorosłych.
- Nie miałam pojęcia, że klinika poszerzyła zakres usług o poszukiwanie zaginionych - powiedziała więc jedynie, opuszczając ręce. Ton głosu nie pozostawiał jednak wątpliwości: Florence miała na ten temat Opinię. Konieczne z wielkiej litery. Na przykład taką, że jej kuzyn nigdy nie powinien znaleźć się w tym lesie, a zachować jak rozsądny uzdrowiciel i czekać aż ktoś będzie potrzebował jego pomocy. - Zawsze wzywano mnie dopiero, kiedy taki został odnaleziony. Cieszę się, że żyjesz, Basiliusie. Matka bez wątpienia miała cię w opiece.
To że żył to był prawdziwy cud. Słyszała o nieumarłych. I o tym, co rośliny zrobiły z Robertsem. O trytonach w jeziorze. Niektóre pogłoski pewnie były przesadzone, inne z kolei nie Windermere skrywało wiele mrocznych tajemnic. Co takiego tkwiło w tej prewettowskiej krwi, że nawet zwykle zrównoważony Basilius czasem po prostu nie mógł się powstrzymać? Tak, Florence potrafiła zaryzykować, ale… głównie dla pacjentów i gdy komuś krzywda działa się na jej oczach. Nie szukała przygód.
– Skrzat kończy szykowanie posiłku – westchnęła w końcu, przejmując rzeczy, by nie stal z nimi tak wyciągniętymi wciąż ku niej. – Pójdę zobaczyć, jak mu idzie. Powiedziałabym, że chętnie posłucham całej historii, ale nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć.