18.07.2024, 12:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.07.2024, 15:04 przez Anthony Shafiq.)
Anthony szedł sprężyście znaną sobie ścieżką między drzewami. Wspomagał się różdżką, która pilnowała, aby magiczny żywopłot rozstępował się przed nim, a nie morfował w labirynt chroniący przed intruzami.
– Wiec? Jaki wiec? – Zmarszczył brwi. Przez własne upodlenie nie był zbyt na bieżąco z nastrojami społecznymi, trudno też oczekiwać, żeby były one wyjątkowo korzystne, skoro Śmierciożercy panoszyli się po ulicach. To był jednak inny problem. Innej natury. Dywagacje na temat równości powracały jak bumerang. Niegdysiejsza sprawa z goblinami, marsze charłaków, mugolak Ministrem Magii... To wszystko przydarzało się, próbując ukruszyć podwaliny czarodziejskiej społeczności. Mżonki... Wszyscy są równi? Wystarczy spojrzeć na ulice, by zobaczyć, że to kłamstwo.. Ba! Wystarczy spojrzeć na Hogwart, by widzieć jak wyliniały artefakt posegregował wszystko i wszystkich podług nieznanych kryteriów, częstokroć kierując się z resztą wolą zasiadającego na krześle jedenastolatka. Wciąż... osoba, która nie wychowała się w magicznej rodzinie nie miała pojęcia na temat świata, w który wrzucał ją jeden list. Nie nasiąkła nim za młodu. Osoba, która urodziła się pozbawiona talentu magicznego w magicznej rodzinie zaś... Cóż, nie był zwolennikiem rozwiązań ostatecznych, ale sam z pewnością pozbawiłby siebie życia, gdy tylko rodzina zdałaby sobie sprawę ze wstydu, który do niej przyniósł, nawet jeśli nie było to kwestią jego decyzji.
Bogaci, biedni, uzdolnieni, idioci, w końcu Ci, którzy byli obłożeni klątwą i tacy, którzy kroczyli przez los oszczędzeni. Magiczne choroby i przypadłości potrafiły być dotkliwe, Anthony zawsze podchodził do tego z wielkim dystansem. Gdzieś jednak na drodze swojego życia zachwycił się smoczą łuską zdobiącą skórę, gdzieś jednak odczuwał jako przyjemne, drżenie u nasady kręgosłupa w kontakcie z kobietami obciążonymi Maledictusem. W końcu gdzieś przy okazji zakochał się w wilkołaku, który mógłby wydrzeć jego gardziel jednym sprawnym szarpnięciem, gdyby tylko taki był jego kaprys... Życie Anthony'ego, jego umysł, jego praca, były uporządkowane, więc dzikość intrygowała go, nęciła swoją odmiennością. Chaosem.
– Ten kto bardzo chce walczyć o prawa wilkołaków, w pierwszej kolejności nie powinien śmiecić na terenie osób, które mogłyby z tym cokolwiek zrobić. Irytacja nie jest dobrym doradcą i nie wzbudza w sercu altruizmu. Wręcz przeciwnie. – Gdyby nie fakt, że jego serce złożone było w dłonie kogoś, kto musiał raz w miesiącu schodzić do podziemi i przypinać łańcuchami swoje ciało do ściany, byłoby w nim zdecydowanie mniej empatii. Może nawet poczyniłby kroki, by wymagania wobec wilkołaków zaostrzyć. – Gdybym to ja zajmował się prawami wilkołaków, przede wszystkim skontaktowałbym się z osobami, które są publicznie szanowane i funkcjonują pomimo tej klątwy. Wysokofunkcjonujący wilkołak mógłby skutecznie ocieplić wizerunek całej grupie. Może założyłbym fundację wspierająca resocjalizację oraz dodatkowe fundusze na eliksir tojadowy. Z pewnością dobrze zrobiłby wszystkim remont cel w podziemiach Ministerstwa i zmiana ich nazwy na jakąś bardziej przystępną. Księżycowy pokój? Hotel? Pokój ciszy? – Hmm, jak na kogoś, kto się nie zajmował tym, bardzo dużo wiedział czyż nie? – Z pewnością też dbałbym o odpowiednią reprezentację osób z klątwą w Grupie łowczej dzikich wilkołaków oraz w Brygadzie Uderzeniowej. Nagłaśniałbym sytuacje, w której przemiana pomogła w rozwiązaniu śledztwa i uratowaniu kogoś. To zrobiłoby zdecydowanie więcej, niż śmieci w moim ogródku. – Był zmęczony, choć to nie chodziło o świat, a brak kompetencji u tych krzykaczy. Podżeganie, oskarżenia... Daleko na tym nie zajadą, wręcz przeciwnie, antagonizowanie Ministerstwa może tylko napytać im biedy.
Uśmiechnął się na słowa Jessiego o gówniarzu. W jego oczach chłopak cały czas miał trzynaście lat. Poczochrał mu włosy palcami.
– Niestety, czasem i u dorosłych próżno szukać rozumu. Ale ale... jeśli chodzi o moją sprawę, z wujem Morpheusem wszystko jest w porządku. Przeciążył się jasnowidzeniem i na moment oślepł. Zapalnowałem dla niego niespodziankę, która w zamierzeniu miałaby poprawić mu humor. Zabawę w nawiedzonym domu. Akurat jeden stoi na moich włościach więc zależało mi, żeby ktoś świeżym okiem ocenił działania wynajętej przeze mnie firmy. – streścił mu cel ich spotkania, gdy wyszli już na błonia. W oddali majaczył zaniedbany zameczek z dwiema wieżyczkami. Nawet z tej odległości straszyła pęknięta kopuła dachu.
– Chciałbym jeszcze wynająć jakiegoś Macmillana, żeby zapewnić deszcz z błyskawicami dla dodatkowego kolorytu. Dziś po południu mają przywieźć upiorne organy, myślę jak podbić zapach stęchlizny i wilgoci, tego niestety nikt nie sprzedaje w słoiku. – Rozmyślał głośno przechadzając się niespiesznie z rękami założonymi za plecami.
– Wiec? Jaki wiec? – Zmarszczył brwi. Przez własne upodlenie nie był zbyt na bieżąco z nastrojami społecznymi, trudno też oczekiwać, żeby były one wyjątkowo korzystne, skoro Śmierciożercy panoszyli się po ulicach. To był jednak inny problem. Innej natury. Dywagacje na temat równości powracały jak bumerang. Niegdysiejsza sprawa z goblinami, marsze charłaków, mugolak Ministrem Magii... To wszystko przydarzało się, próbując ukruszyć podwaliny czarodziejskiej społeczności. Mżonki... Wszyscy są równi? Wystarczy spojrzeć na ulice, by zobaczyć, że to kłamstwo.. Ba! Wystarczy spojrzeć na Hogwart, by widzieć jak wyliniały artefakt posegregował wszystko i wszystkich podług nieznanych kryteriów, częstokroć kierując się z resztą wolą zasiadającego na krześle jedenastolatka. Wciąż... osoba, która nie wychowała się w magicznej rodzinie nie miała pojęcia na temat świata, w który wrzucał ją jeden list. Nie nasiąkła nim za młodu. Osoba, która urodziła się pozbawiona talentu magicznego w magicznej rodzinie zaś... Cóż, nie był zwolennikiem rozwiązań ostatecznych, ale sam z pewnością pozbawiłby siebie życia, gdy tylko rodzina zdałaby sobie sprawę ze wstydu, który do niej przyniósł, nawet jeśli nie było to kwestią jego decyzji.
Bogaci, biedni, uzdolnieni, idioci, w końcu Ci, którzy byli obłożeni klątwą i tacy, którzy kroczyli przez los oszczędzeni. Magiczne choroby i przypadłości potrafiły być dotkliwe, Anthony zawsze podchodził do tego z wielkim dystansem. Gdzieś jednak na drodze swojego życia zachwycił się smoczą łuską zdobiącą skórę, gdzieś jednak odczuwał jako przyjemne, drżenie u nasady kręgosłupa w kontakcie z kobietami obciążonymi Maledictusem. W końcu gdzieś przy okazji zakochał się w wilkołaku, który mógłby wydrzeć jego gardziel jednym sprawnym szarpnięciem, gdyby tylko taki był jego kaprys... Życie Anthony'ego, jego umysł, jego praca, były uporządkowane, więc dzikość intrygowała go, nęciła swoją odmiennością. Chaosem.
– Ten kto bardzo chce walczyć o prawa wilkołaków, w pierwszej kolejności nie powinien śmiecić na terenie osób, które mogłyby z tym cokolwiek zrobić. Irytacja nie jest dobrym doradcą i nie wzbudza w sercu altruizmu. Wręcz przeciwnie. – Gdyby nie fakt, że jego serce złożone było w dłonie kogoś, kto musiał raz w miesiącu schodzić do podziemi i przypinać łańcuchami swoje ciało do ściany, byłoby w nim zdecydowanie mniej empatii. Może nawet poczyniłby kroki, by wymagania wobec wilkołaków zaostrzyć. – Gdybym to ja zajmował się prawami wilkołaków, przede wszystkim skontaktowałbym się z osobami, które są publicznie szanowane i funkcjonują pomimo tej klątwy. Wysokofunkcjonujący wilkołak mógłby skutecznie ocieplić wizerunek całej grupie. Może założyłbym fundację wspierająca resocjalizację oraz dodatkowe fundusze na eliksir tojadowy. Z pewnością dobrze zrobiłby wszystkim remont cel w podziemiach Ministerstwa i zmiana ich nazwy na jakąś bardziej przystępną. Księżycowy pokój? Hotel? Pokój ciszy? – Hmm, jak na kogoś, kto się nie zajmował tym, bardzo dużo wiedział czyż nie? – Z pewnością też dbałbym o odpowiednią reprezentację osób z klątwą w Grupie łowczej dzikich wilkołaków oraz w Brygadzie Uderzeniowej. Nagłaśniałbym sytuacje, w której przemiana pomogła w rozwiązaniu śledztwa i uratowaniu kogoś. To zrobiłoby zdecydowanie więcej, niż śmieci w moim ogródku. – Był zmęczony, choć to nie chodziło o świat, a brak kompetencji u tych krzykaczy. Podżeganie, oskarżenia... Daleko na tym nie zajadą, wręcz przeciwnie, antagonizowanie Ministerstwa może tylko napytać im biedy.
Uśmiechnął się na słowa Jessiego o gówniarzu. W jego oczach chłopak cały czas miał trzynaście lat. Poczochrał mu włosy palcami.
– Niestety, czasem i u dorosłych próżno szukać rozumu. Ale ale... jeśli chodzi o moją sprawę, z wujem Morpheusem wszystko jest w porządku. Przeciążył się jasnowidzeniem i na moment oślepł. Zapalnowałem dla niego niespodziankę, która w zamierzeniu miałaby poprawić mu humor. Zabawę w nawiedzonym domu. Akurat jeden stoi na moich włościach więc zależało mi, żeby ktoś świeżym okiem ocenił działania wynajętej przeze mnie firmy. – streścił mu cel ich spotkania, gdy wyszli już na błonia. W oddali majaczył zaniedbany zameczek z dwiema wieżyczkami. Nawet z tej odległości straszyła pęknięta kopuła dachu.
– Chciałbym jeszcze wynająć jakiegoś Macmillana, żeby zapewnić deszcz z błyskawicami dla dodatkowego kolorytu. Dziś po południu mają przywieźć upiorne organy, myślę jak podbić zapach stęchlizny i wilgoci, tego niestety nikt nie sprzedaje w słoiku. – Rozmyślał głośno przechadzając się niespiesznie z rękami założonymi za plecami.