Południowe stragany
Crow uniósł brew w górę, bo Cedric nie miał w sobie za grosz charyzmy, żeby móc dobrze pociągnąć ten dowcip. Zdawał sobie sprawę, że w tej sytuacji chłopaka nie tylko onieśmielał, ale po prostu... przytłaczał. No i co? Widział, że Viorica zachowywała się przy nim nieco inaczej, badał to wszystko uważnym spojrzeniem, odrobinę bezczelnie, bo... no nie krył się z tym wcale. Pewnie powinien, ale beznadziejny był w takie gierki. W chuju miał to, że Cedric był od niego wyższy - w porównaniu z nim czuł się tak wielki, jakby przerastał go co najmniej o głowę.
- Gdybym był tu komikiem, to te dzieciaki miałyby prawdziwy powód do płaczu - wyszczerzył się mocniej, lustrując przy tym tego całego Lupina. Uzdrowiciel wyraźnie mu się nie spodobał, ale to było dopiero pierwsze spotkanie. No ale jak miałby go po tym polubić?! - Cytując cię: Vior ma prawdziwy talent, ale wianek ze swojej głowy chowasz za plecy. Co, boisz się, że ci go ukradnę? Zaproś ją jeszcze do kina i zabierz ze sobą brata. Kurwa, gościu. - Wybrzmiała w tym niechęć, ale bardzo szybko tego pożałował. Nie musiał patrzeć na Zamfir, dobrze wiedział, co zobaczy na jej twarzy: szeroko otwarte oczy, kręcenie głową, ruch ręką sugerujący niemo obiorę cię ze skóry, kiedy tylko wejdziesz do tego mieszkania... Cóż, Crow nie posiadał przyjaciół i były bardzo wyraźne powody takiego stanu rzeczy. - Taa... Yhm, przemyśl to czy nie chcesz mi go wbić. - Odchrząknął i panicznie poszukał jakiejkolwiek drogi ucieczki od bycia najgorszym skrzydłowym tego sabatu, to jest: udawał, że ciekawi go cokolwiek Laurent tam pierdolił o tej biżuterii. Nonszalancko oparł się łokciem o blat i chciał tak sobie czekać, ale wszyscy mogli obserwować, jak z każdym kolejnym słowem blondyna Crow robi się coraz bardziej czerwony. Kto nie chciał słyszeć od tego człowieka tego typu komplementów, musiał być z kompletnie innego świata. Albo zwyczajnie się oszukiwał. W jego oczach Prewett trzymał w swoich dłoniach wielką siłę. Taką pozwalającą mu spojrzeć w lustro i przypomnieć sobie, że mimo tych wszystkich okropnych rzeczy, jakie na przestrzeni lat zrobił ze swoim biednym ciałem, jego twarz była wciąż piękna. Każdy człowiek chciał czuć się w ten sposób, ale zapewne nie każdy interpretował to od razu tak skrajnie jak on. Miłość. Wydawało mu się, jakby sterowała jego życiem od maleńkości, a jednocześnie kiedy już człowiek do tego usiadł, to okazywała się tak ciężka do zdefiniowania, a tym bardziej do zrozumienia.
Nie zaśmiał się z tego żartu, bo to w jego uszach nie był żart - to było pełne samouwielbienia stwierdzenie faktu, na jakie Laurent całkowicie zasługiwał. Zamiast się zaśmiać, Crow mu przytaknął. Nie zważał już wcale na czerwień zalewającą mu poliki, ani na to jak znowu mocniej zabiło mu serce - kiedy chłopak otworzył oczy, stojący obok cyrkowiec wyciągał w jego kierunku rękę i czekał, aż ten ją złapie, żeby wciągnąć go pomiędzy gęstniejący tłum. Pośród tak wielu osób, w morzu głów, wbrew wszelkiej logice czuł się pewniej niż w takim małym, skupionym na sobie gronie i może wtedy mógłby mu na to jakoś odpowiedzieć... Jeżeli Laurent dał się tam wciągnąć, pomachał Cedicowi i Vior na pożegnanie, nie odezwał się słowem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.