18.07.2024, 15:26 ✶
Rodolphus był krewnym Victorii, a ona troszczyła się o rodzinę, Brenna jednak miała nad nim tę przewagę, że była w podobnym do Victorii wieku. I że zdarzało się, że te nocne wycieczki do Zakazanego Lasu, nie tylko w czasach szkolnych, odbywała w towarzystwie panny Lestrange właśnie.
Może coś by o tym powiedziała, gdyby nie całe to zamieszanie, tuż obok nich.
Nie oczekiwała, że młodzieniec ruszy za nią, chociaż nie była i szczególnie zdumiona, że to zrobił. Nad powodami nawet się nie zastanawiała, chociaż ten, że pracownicy Ministerstwa zwykle starali się dbać o swoją opinię, zawsze był całkiem prawdopodobny.
– To nie był jego miecz! Wykuł go gobliński król, a Godryk go ukradł! – oburzył się goblin, a Brenna poczuła, że głowa to zaraz jej pęknie. Nie sięgnęła wciąż po różdżkę: w tej chwili była zresztą na tyle blisko, że jej pięść prawdopodobnie byłaby dużo szybsza niż zaklęcie.
– Temu małemu draniowi po prostu nie spodobało się, że czarodziej ma mieć tak wspaniały miecz! Ale Godryk za niego zapłacił!
– Nigdy nie był wykuty dla niego! Miał go używać nasz król!
– Przepraszam? – wtrąciła się Brenna, unosząc rękę, jak w szkole. Raczej zmęczona niż zdenerwowana, bo przynajmniej na razie, chociaż czarodziejów wyraźnie świerzbiły ręce, by złapać za różdżki, a jeden goblin obserwował Lestrange’a, który wyjął swoją, bardzo podejrzliwie, sytuacja nie zamieniła się w bójkę. – Ten miecz ma wytłoczone jego imię, ozdoby w jego kolorach, i raczej jest za duży dla goblina…
– Nie szanujecie naszej kultury – wycedził drugi z goblinów. – Kradniecie wytwory goblińskiego rzemiosła, a teraz chcecie ukraść nasz bank, mieszacie się w sprawy Gringotta…
Mieszamy? – zastanowiła się Brenna, trochę oszołomiona, bo sobie nie przypominała, żeby się w nie mieszała, ani w ogóle, żeby cokolwiek o czymś takim czytała, i sądziła, że czarodzieje to tyle mają wspólnego z Gringottem, ile trzeba wypłacając z niego pieniądze.
– Przepraszam, ale nie znam się na bankach… proszę pana, bardzo proszę, spokojnie – stwierdziła, zwracając wzrok na jednego czarodzieja, którego ręka zanurzyła się w kieszeni. – Czy naprawdę warto trafiać do aresztu z powodu miecza, który wykuto tysiąc lat temu?
– Czarodzieje wciąż go przetrzymują!
No pewnie, że go „przetrzymywali”, wisiał nawet nad kominkiem Brenny, ale zdecydowanie nie miała zamiaru nagle zwracać go goblinom, skoro za niego zapłacono.
– A w sprawy banku mieszacie się teraz! – dodał drugi.
– A oni… – zaczął czarodziej, i Brenna przez moment czuła się trochę jak przedszkolanka, otoczona dziećmi, które próbują na siebie nawzajem naskarżyć.
Może coś by o tym powiedziała, gdyby nie całe to zamieszanie, tuż obok nich.
Nie oczekiwała, że młodzieniec ruszy za nią, chociaż nie była i szczególnie zdumiona, że to zrobił. Nad powodami nawet się nie zastanawiała, chociaż ten, że pracownicy Ministerstwa zwykle starali się dbać o swoją opinię, zawsze był całkiem prawdopodobny.
– To nie był jego miecz! Wykuł go gobliński król, a Godryk go ukradł! – oburzył się goblin, a Brenna poczuła, że głowa to zaraz jej pęknie. Nie sięgnęła wciąż po różdżkę: w tej chwili była zresztą na tyle blisko, że jej pięść prawdopodobnie byłaby dużo szybsza niż zaklęcie.
– Temu małemu draniowi po prostu nie spodobało się, że czarodziej ma mieć tak wspaniały miecz! Ale Godryk za niego zapłacił!
– Nigdy nie był wykuty dla niego! Miał go używać nasz król!
– Przepraszam? – wtrąciła się Brenna, unosząc rękę, jak w szkole. Raczej zmęczona niż zdenerwowana, bo przynajmniej na razie, chociaż czarodziejów wyraźnie świerzbiły ręce, by złapać za różdżki, a jeden goblin obserwował Lestrange’a, który wyjął swoją, bardzo podejrzliwie, sytuacja nie zamieniła się w bójkę. – Ten miecz ma wytłoczone jego imię, ozdoby w jego kolorach, i raczej jest za duży dla goblina…
– Nie szanujecie naszej kultury – wycedził drugi z goblinów. – Kradniecie wytwory goblińskiego rzemiosła, a teraz chcecie ukraść nasz bank, mieszacie się w sprawy Gringotta…
Mieszamy? – zastanowiła się Brenna, trochę oszołomiona, bo sobie nie przypominała, żeby się w nie mieszała, ani w ogóle, żeby cokolwiek o czymś takim czytała, i sądziła, że czarodzieje to tyle mają wspólnego z Gringottem, ile trzeba wypłacając z niego pieniądze.
– Przepraszam, ale nie znam się na bankach… proszę pana, bardzo proszę, spokojnie – stwierdziła, zwracając wzrok na jednego czarodzieja, którego ręka zanurzyła się w kieszeni. – Czy naprawdę warto trafiać do aresztu z powodu miecza, który wykuto tysiąc lat temu?
– Czarodzieje wciąż go przetrzymują!
No pewnie, że go „przetrzymywali”, wisiał nawet nad kominkiem Brenny, ale zdecydowanie nie miała zamiaru nagle zwracać go goblinom, skoro za niego zapłacono.
– A w sprawy banku mieszacie się teraz! – dodał drugi.
– A oni… – zaczął czarodziej, i Brenna przez moment czuła się trochę jak przedszkolanka, otoczona dziećmi, które próbują na siebie nawzajem naskarżyć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.