-Nie wiem, czy bym chciał, ale na pewno bym mu zazdrościł, gdyby takiego dostał - powiedział po chwili namysłu. -I raczej nie mógłbym takiego smoka trzymać w mieszkaniu, więc pewnie musiałby zostać u jakiegoś hodowcy, gdzie miałby odpowiednie warunku.
A nawet gdyby posiadanie smoka we własnym domu było dozwolone i przygotowałoby się dla niego wszystko, Jessie szczerze wątpił, czy jego mama zgodziłaby się na takiego pupila. W końcu byłby duży, miałby ogromne skrzydła i ziałby ogniem. Mógłby jeszcze zniszczyć meble i trzeba by wtedy było wymieniać je wszystkie, żeby wszystko do siebie pasowało.
Zerknął na Brennę z uniesioną brwią, trochę zbity z tropu tym, że o przestrzeganiu zasad powiedziała dwa razy. Oczywiście, było to logiczne i powszechnie wiadome, ponieważ społeczeństwo dawno by zaczęło podważać wszelkie decyzje i działania Ministerstwa, a z czasem z pewnością ktoś rozpocząłby zamach stanu, gdyby Ministerstwo nie przestrzegało własnych zasad.
Najwidoczniej musiało się za tym kryć coś więcej, skoro Brenna powiedziała o tym dwa razy.
-Skąd się biorą tacy szaleńcy? - rzucił pytanie, chociaż odpowiedź nie była tutaj ani spodziewana, ani potrzebna.
Odpowiedź była częściowo łatwa do odgadnięcia - kompleks. Czy to mniejszości, czy wyższości - nie miało to znaczenia. Oprócz samej rządzy władzy Voldemort nienawidził mugolaków i mugoli i podjudzał czystokrwistych do podzielania jego chorych poglądów. A te mogły doprowadzić do rzezi albo wojny, a przez to do niepotrzebnych śmierci wielu ludzi, jeżeli ktoś go wcześniej nie zdoła powstrzymać.
-Był już taki, który chciał bawić się w Pana Śmierci - przyszło mu na myśl. -Wcale jej nie pokonał.
Może nie było to najlepsze porównanie, bo przecież Drugi Brat nie chciał panować nad Życiem i Śmiercią, a jedynie przywrócić z zaświatów swoją ukochaną, ale wniosek nasuwał się ten sam - ci, którzy próbując igrać ze śmiercią, dobrze nie kończą.
Władza absolutna w rękach takiego szaleńca. Byłby to raj dla tych rodzin czystej krwi, które mugoli i mugolaków stawiali niżej, niż świnie, na prawo i lewo obrażając "szlamy" i żeniliby swoich synów i córki ze swoimi braćmi i siostrami, a nawet z ich własnym rodzeństwem. Dla "Zdrajców Krwi" i "Szlam" byłaby to zwykła krucjata. Coraz więcej nieruchomych ciał na ulicach, coraz mniej głosów, kolejne bezimienne mogiły, które za kilkadziesiąt lat odejdą w zapomnienie.
Jego pięści same zaciskały się w kieszeniach płaszcza na myśl o tym, że jego wujowie i ich rodziny, że jego mama, Rita i ich młodszy brat mogliby pożałować, że tamtego dnia nie spełnili planu rodziców Jonathana i Charlotte. Że stanęli po stronie Neda Kelly. Że pozwolili, by Charlotte urodziła "nieczyste" dzieci. Że zdradzili.
Jego szczęki zaciskały się na samą myśl, że jego kochana bliźniaczka i młodszy braciszek mogliby kiedyś cierpieć dlatego, że ich ojciec nie miał "szlachetnego" rodowodu. Że mogliby cierpieć, a on nie byłby w stanie im pomóc.
Oczywiście, nie miał za złe ojcu, że pochodził z rodziny mugoli. Nie miał za złe matce, że wybrała mugolaka, zamiast czystej krwi czarodzieja, który ostatecznie został jego ojcem chrzestnym.
Nie miał im tego za złe, ale im więcej słyszał o poczynaniach Voldemorta, tym większy czuł strach, że prędzej czy później ten szaleniec ich dopadnie. Że będzie niepokonany i zacznie łamać ich, jedno po drugim.
-...Tak, stąd mam już niedaleko, dziękuję, dalej już pójdę sam. Również powinnaś wracać już do domu i... Uważaj na siebie, dobrze? - i pożegnał się szybkim, delikatnym uśmiechem, rozdzielając się w swoje strony.