18.07.2024, 17:20 ✶
Zmarszczył lekko brwi na jego słowa. Bliska lokalizacja? No, sam nie wiedział, dla niego odległość łazienki od kuchni czy pokoju nie miała aż takiego znaczenia, ale kto co woli. Zaraz, on... O, zaraz... Nieważne. Salonu nie było, było za to krzesło w kuchni, bo jednopokojowe mieszkania z kuchnią i łazienką nie rozpieszczały. Fotel był jednak w jego sypialni, od której jest rzut beretem, dosłownie kilka metrów korytarzem. W kuchni znalazło się kilka książek, które w rzeczywistości były oprawionymi w twarde okładki notesami z przepisami jeszcze z czasów gdy utrzymywał kontakt z dziadkami we Francji. Poza tym było tu trochę roślin, w których tkwiły czy to wbite wykałaczką w ziemię, czy przyczepione do gałązek i liści, motylki z drutu owleczonego materiałem jak z rajstop. W kącie wisiały zioła na przyprawy, ale i suszone kwiaty nadające zapachu.
Dorwał się do ciasta i zaczął je kroić. Pytania Isaaca były dziwne, były nietypowe, nie rozumiał czemu właściwie pyta o takie rzeczy, czemu go to interesuje, czy robi to z dobroci serca, czy chce jakieś informacje wyciągnąć od niego? Coś w jego głowie nie umiało wskoczyć na miejsce by odkryć jedną z unikanych możliwości.
- Dobrze? Nie wiem... Bywam tutaj... Nawet jak tu mieszkałem, to mnie tu nie było, Akademia w końcu jest we Francji. - odwiedziny miasta, odwiedziny znajomych, wyjazdy, wszystko to było bez sensu. Skakanie między francuskim, a angielskim tylko po to aby w końcu osiąść tutaj, w miejscu, w którym nic go nie trzyma, w którym nic nie ma, a mimo tego reszta świata jest jeszcze bardziej obca. Chwycił talerze z ciastem w dłonie i odwrócił się do Bagshota. Wyglądał... Wyglądał... Nie... Nie ma co. Pewne wspomnienia wracały gdy widział go kiedy tak siedział na TYM krześle oparty o TĘ ścianę, kiedy czuł na sobie jego spojrzenie. Tęsknił, owszem, strasznie, ale dobrze się stało, że wszystko się rozpadło, tak jest lepiej niż żyć i latami się oszukiwać, że jednak jest jakakolwiek szansa na szczęśliwe zakończenie. Rodzice mieli rację, świat miał rację. Tacy jak oni są skazani na nieszczęście.
Westchnął cicho i zacisnął zęby. Chciał pomóc, co? Gryzło go to. Nie potrzebował pomocy, nie potrzebował magii. Nie był aż tak leniwy, żeby musieć korzystać z czarów, aby oświetlić swój dom. Nie wiedział chwilę co powiedzieć i stał tak z ciastem w rękach, rozważając masę opcji. W końcu zirytowany zgrzytnął głośno zębami.
- Możesz odpalić świece? - trochę ich było to odpalenia. To było uwłaczające jego godności, czuł to w kościach, to nieprzyjemne, skręcające uczucie kiedy wiesz, że jedna prośba zawsze ośmiela do kolejnej i ani się nie obejrzysz, a już wisisz komuś majątek.
Odstawił talerzyki na stół i usiadł na miejscu. Nie posiedział długo, bo dosłownie kilka sekund później wstał. Jeszcze napoje. Sok musi im wystarczyć, bo woda gotowałaby się za długo i nie będą czekać na nią z jedzeniem ciasta. Zatem naleje im soku i będą mogli jeść.
Dorwał się do ciasta i zaczął je kroić. Pytania Isaaca były dziwne, były nietypowe, nie rozumiał czemu właściwie pyta o takie rzeczy, czemu go to interesuje, czy robi to z dobroci serca, czy chce jakieś informacje wyciągnąć od niego? Coś w jego głowie nie umiało wskoczyć na miejsce by odkryć jedną z unikanych możliwości.
- Dobrze? Nie wiem... Bywam tutaj... Nawet jak tu mieszkałem, to mnie tu nie było, Akademia w końcu jest we Francji. - odwiedziny miasta, odwiedziny znajomych, wyjazdy, wszystko to było bez sensu. Skakanie między francuskim, a angielskim tylko po to aby w końcu osiąść tutaj, w miejscu, w którym nic go nie trzyma, w którym nic nie ma, a mimo tego reszta świata jest jeszcze bardziej obca. Chwycił talerze z ciastem w dłonie i odwrócił się do Bagshota. Wyglądał... Wyglądał... Nie... Nie ma co. Pewne wspomnienia wracały gdy widział go kiedy tak siedział na TYM krześle oparty o TĘ ścianę, kiedy czuł na sobie jego spojrzenie. Tęsknił, owszem, strasznie, ale dobrze się stało, że wszystko się rozpadło, tak jest lepiej niż żyć i latami się oszukiwać, że jednak jest jakakolwiek szansa na szczęśliwe zakończenie. Rodzice mieli rację, świat miał rację. Tacy jak oni są skazani na nieszczęście.
Westchnął cicho i zacisnął zęby. Chciał pomóc, co? Gryzło go to. Nie potrzebował pomocy, nie potrzebował magii. Nie był aż tak leniwy, żeby musieć korzystać z czarów, aby oświetlić swój dom. Nie wiedział chwilę co powiedzieć i stał tak z ciastem w rękach, rozważając masę opcji. W końcu zirytowany zgrzytnął głośno zębami.
- Możesz odpalić świece? - trochę ich było to odpalenia. To było uwłaczające jego godności, czuł to w kościach, to nieprzyjemne, skręcające uczucie kiedy wiesz, że jedna prośba zawsze ośmiela do kolejnej i ani się nie obejrzysz, a już wisisz komuś majątek.
Odstawił talerzyki na stół i usiadł na miejscu. Nie posiedział długo, bo dosłownie kilka sekund później wstał. Jeszcze napoje. Sok musi im wystarczyć, bo woda gotowałaby się za długo i nie będą czekać na nią z jedzeniem ciasta. Zatem naleje im soku i będą mogli jeść.